bartosiak tadeusz

BARTOSIAK Tadeusz (1919-1947) sierżant Armii Krajowej/podporucznik Konspiracyjnego Wojska Polskiego ps. „Nino”, „Wrzos”, „Tadeusz”, „Wilk”

Urodził się 26 X 1919 r. w rodzinie rolniczej Józefa i Franciszki z d. Cholewińska, zamieszkałej we wsi Parchle (obecnie: Rylsk Mały w gm. Cielądz, pow. Rawski, woj. Łódzkie). Po kilku latach rodzina, w tym córka i ośmiu synów, przeniosła się do wsi Kaczka, przedmieścia Tomaszowa Mazowieckiego. Z tym miastem wiąże się dzieciństwo i młodość Tadeusza. Jako nastolatek podjął pracę w Tomaszowskiej Fabryce Sztucznego Jedwabiu. W czasie wolnym uprawiał zajęcia sportowe. Doskonałe warunki fizyczne, rosły blisko 190 cm, dobrze zbudowany, zgrabny i przystojny sprawiły, że w 1937 r. został członkiem sekcji bokserskiej Klubu Sportowego TFSJ. Odbył też szkolenie Przysposobienia Wojskowego II stopnia, równorzędnego ze szkoleniem rekruckim. We wrześniu 1939 r. najprawdopodobniej ochotniczo walczył z najeźdźcą w szeregach Wojska Polskiego. Podczas okupacji szybko związał się z konspiracją niepodległościową. Już 16 IV 1940 r., jako szeregowy piechoty pod pseudonimem „Nino Tadeusz” przynależał do 9-osobowego sztabu Grupy „Świerk” plut. Mariana Kotarskiego ps. „Daniel” w Organizacji Bojowej Polskiej Partii Socjalistycznej. Organizacja niebawem podporządkowała się Związkowi Walki Zbrojnej/Armii Krajowej. Na wykazie z końca 1941 r., „Nino Tadeusz” został wymieniony jako zastępca dowódcy tej grupy, liczącej już 161 osób. W czerwcu 1942 r. był zastępcą dowódcy kompanii. Tak wysokie usytuowanie Tadeusza w konspiracji wojskowej świadczy, iż musiał posiadać wiele atutów.

W czerwcu 1942 r. Niemcy aresztowali wielu tomaszowskich konspiratorów. Zaś 13 VII 1942 r., na pozór niewinna sytuacja, była powodem próby aresztowania Tadeusza, który zdołał zbiec żandarmom i odtąd ukrywał się. W odwecie aresztowano jego braci Stanisława i Jana. Wzrastająca liczba ukrywających się żołnierzy konspiracji stała się powodem inicjatywy Tadeusza do utworzenia w październiku 1942 r. oddziału partyzanckiego. Oddział przybrał imię „Mściciel” i dowództwo objął 35-letni kpr. „Jeleń” – Leon Wojtczak. Jego zastępcą został Tadeusz Bartosiak, który zmienił pseudonim na „Wrzos”. Był to pierwszy oddział partyzancki w całym Łódzkim Okręgu AK. Postawione mu zadania zmierzały do likwidacji konfidentów, niszczenia dokumentacji gminnej i sabotowanie zarządzeń okupanta w celu ochrony ludności polskiej przed wywozem na roboty przymusowe do Niemiec a ponadto prowadzenie walki bieżącej. Kilkunastoosobowy oddział w praktyce bojowej zdobywał doświadczenie i z powodzeniem realizował nakazane zadania. Gdy 23 XII 1942 r. poległ w walce kpr. „Jeleń”, dowodzenie oddziałem objął „Wrzos”. Niebawem 3 I 1943 r. oddział wpadł w zasadzkę żandarmerii, lecz zdołał wyjść bez strat. Było jasne, że Niemcy skutecznie tropią oddział wskutek bezpośredniej zdrady. Po przeprowadzonym dochodzeniu, władze AK wydały wyrok śmierci na kogoś, bądź całą grupę Żydów współpracujących z oddziałem a ukrywających się w tym samym rejonie, zapewne za wiedzą żandarmerią. Oryginał wyroku nie zachował się. Wykonanie zlecono oddziałowi „Mściciel”. Rzeczywisty przebieg działań w lesie Czółno pozostaje nieznany. Wydaje się, że doszło do samowoli kilku partyzantów, którzy później zostali usunięci z oddziału. Wg komunikatu IPN z ekshumacji z 2002 r., zginęło wówczas 13 osób. W połowie lutego 1943 r. oddział „Mściciel” uległ rozwiązaniu.

Niebawem, w ramach nowo powstałego Kierownictwa Dywersji (Kedyw) Tadeusz Bartosiak został skierowany na kilkunastodniowy kurs dywersyjny w Warszawie. Po przeszkoleniu awansował na kaprala. Pozostając dowódcą kilkuosobowej grupy tomaszowskich dywersantów zmienił pseudonim na „Tadeusz”. Wiosną 1943 r. grupa była kierowana do m.in. odbioru zrzutu lotniczego i szkolenia bojowego nowych dywersantów w kilku obwodach Inspektoratu Piotrkowskiego AK. W lipcu 1943 r. kpr. „Tadeusz” był jednym z organizatorów nowego oddziału partyzanckiego o kryptonimie „Trojan”. Objął w nim funkcję szefa oddziału. Oddział przeprowadził kilka udanych walk w rejonie Diablej Góry, m.in. zlikwidował 7 żandarmów z Przedborza z osławionym mordercą, komendantem Echtlerem. Po reorganizacji był zastępcą dowódcy oddziału „Wicher”. W październiku 1943 r. kpr. „Tadeusz” dowodził patrolem Kedywu Obwodu AK w Opocznie. Jego głównym zadaniem było zwalczanie konfidentów i zdrajców narodu polskiego. Po powrocie do „Wichra”, już w pierwszej dekadzie grudnia 1943 r., został wyznaczony na zastępcę dowódcy nowo utworzonego oddziału „Burza”. Dowodził nim sierż./gen. bryg. „Burza” – Stanisław Karliński. Oddziały „Wicher” i „Burza” 14 stycznia 1944 r. zorganizowały pod Skotnikami zasadzkę na specjalny oddział żandarmerii dokonujący licznych pacyfikacji i mordów na Polakach i Żydach. Niemcy ponieśli ciężkie straty: 12 zabitych i 16 rannych, w tym dowódca oddziału. W lutym 1944 r. kpr. „Tadeusz” czasowo dowodził kolejnym nowo powstałym oddziałem o kryptonimie „Grom”. W czerwcu 1944 r. „Tadeusz” objął dowództwo oddziału „Błyskawica”. Dowodząc grupą szturmową z „Błyskawicy” i „Burzy” miał 12 czerwca opanować budynek Gestapo w Piotrkowie Trybunalskim i uwolnić więzionych tam żołnierzy podziemia. Akcja została odwołana w ostatniej chwili na skutek zdrady. Wymienione oddziały podlegały Kedywowi Inspektoratu Piotrkowskiego AK i działały głównie na obszarze powiatów: piotrkowskiego i opoczyńskiego, a także koneckiego i tomaszowskiego.

Latem 1944 r. oddziały te w ramach odtwarzania Sił Zbrojnych weszły w skład 25. Pułku Piechoty AK, zaś kpr. „Tadeusz” został adiutantem dowódcy pułku. Uczestniczył we wszystkich bojach pułku, m.in. pod Diablą Górą, Stefanowem i Hutą, Białym Ługiem, Bokowem i Wincentowem. W toku służby w pułku awansował kolejno na plutonowego i sierżanta oraz został dwukrotnie odznaczony Krzyżem Walecznych. 25 pp AK w szczytowym okresie liczył 1200 partyzantów i był jednym zwartym pułkiem AK, który tyle miesięcy toczył ciężkie walki z okupantem. Poległo w nich 130 żołnierzy pułku, a dalszych 230 odniosło rany. Co 9-ty zginął, a co 5-ty żołnierz został ranny.

W październiku 1944 r., po wcieleniu oddziału NSZ por. „Starego” do 25. pp AK poznał (zob.) starszego strzelca ps. „Felek”. Pseudonimu tego używała Stefania Firkowska (r. 1925) pochodząca z patriotycznej rodziny z Końskich. Po rozwiązaniu pułku 11 XI 1944 r. „Tadeusz” pozostawał w oddziale „Wicher” do wyzwolenia. Gdy pojawił się w rodzinnym Tomaszowie okazało się, że jest poszukiwany przez nowe władze bezpieczeństwa. Wskutek stosowanych represji wobec AK-owców, schronił się w odtwarzanym oddziale ppor. „Burzy”. W leśniczówce gajowego Smoka w Tarasie 8 V 1945 r., uczestniczył w walce z funkcjonariuszami milicji i Urzędu Bezpieczeństwa dążącymi do likwidacji oddziału. W Ruchu Samoobrony AK i Narodu powołanym przez ppor. „Burzę” przetrwał do jego rozwiązania, wskutek bitwy z Armią Czerwoną pod Majkowicami. Ujawnił swój 16-osobowy oddział 30 VII 1945 r. w Powiatowym Urzędzie Bezpieczeństwa Publicznego w Końskich. Wobec ogłoszonej 2 VIII przez władze państwowe amnestii, Tadeusz spełnił formalne wymogi prawa i rozpoczął legalne życie. Zamieszkał u boku Stefanii Firkowskiej w Końskich i podjął pracę w Starostwie. Ich zaręczyny odbyły się z udziałem rodziny Bartosiaków w domu Stefanii. Proboszcz parafii św. Mikołaja w Końskich wyznaczył terminy zapowiedzi przedślubnych na 6,13 i 20 stycznia 1946 r. Oboje narzeczeni byli obecni w kościele podczas pierwszych zapowiedzi. Nagle, 2 dni później Tadeusz został aresztowany przez PUBP w Opocznie i osadzony w areszcie. Powód aresztowania był nieznany. Aresztowano także kilku byłych partyzantów z okolic Skotnik, m.in. Bolesława Prymusa. Byli torturowani i w tej sprawie interweniował nawet premier Edward Osóbka-Morawski. Nieoficjalnie interweniowała także Stefania Firkowska. UB-owcom chodziło o okup za uwolnienie Tadeusza. Gdy zbiegł z aresztu 19 IV 1946 r., Stefania czekała tego dnia na niego w domu Prymusów. Nocą została aresztowana i ślad po niej zaginął. Gdy Firkowscy wystąpili ze skargą do premiera, śledztwo wykazało, że uprowadzili ją „nieznani sprawcy”. Tymczasem publicznie wiadomo, że za jej zniknięciem stoją funkcjonariusze UB. Także Tadeusz bezskutecznie jej poszukiwał. W tej sytuacji, sam ścigany, przystąpił do Konspiracyjnego Wojska Polskiego podległego kpt./gen. bryg. „Warszycowi” – Zbigniewowi Sojczyńskiemu. Przyjął pseudonim „Wilk”. Awansowany na podporucznika, odtworzył oddział partyzancki. Walczyli z bezprawiem i czekali na wolne demokratyczne wybory.

Oddział partyzancki ppor. „Wilka” działał  głownie na terenie powiatów: opoczyńskiego, koneckiego, piotrkowskiego i radomszczańskiego, m. in. dwukrotnie zaatakował Posterunek Milicji Obywatelskiej w Przedborzu, w tym raz z powodzeniem. Rozbił także kasę na poczcie i w Magistracie m. Przedborza, gdzie zniszczył dokumenty.

Historyk milicyjny P.A. Kukuła napisał o nim: „Wilk” dawny podkomendny „Burzy” był chytry, przebiegły i podejrzliwy. Działał podstępnie, tam gdzie czuł większą siłę unikał bezpośredniej walki. Był niezwykle ruchliwy, poruszał się przy pomocy zdobycznych samochodów lub wozami konnymi. Na upatrzony posterunek, czy spółdzielnie spadał znienacka. Raz grupa jego występowała w pełnym umundurowaniu, innym razem z opaskami milicyjnymi lub ormowskimi. Spośród przywódców grup podziemia wyróżniał się bezwzględnością w postępowaniu. Jeżeli udało mu się rozbroić jakiś posterunek, niszczył w nim doszczętnie wszystko, a milicjantom zabierał broń. Ponad dwudziestoosobowa grupa uzbrojona w karabiny maszynowe oraz granaty, mająca do dyspozycji meliny oraz usłużnych informatorów, nie była łatwa do rozpoznania, a tym bardziej ujęcia.

Ścigali go funkcjonariusze UBP, MO i ORMO, a także żołnierze 5. Pułku Piechoty z Piotrkowa Trybunalskiego. Na początku stycznia 1947 r. wojsko otrzymało wiadomość o pojawieniu się „Wilka” na pograniczu powiatów piotrkowskiego i radomszczańskiego. 6 stycznia doszło do walki, w której „Wilk” wykorzystał znajomość warunków terenowych i umknął z grupą 10 ludzi. Wyśledzono go ponownie we wsi Górale. Ściągnięta z Piotrkowa 40-osobowa grupa żołnierzy pod dowództwem dowódcy pułku płk. Kazimierza Sikorskiego, pojawiła się od strony Łęków Szlacheckich. „Wilk” przewidział taką ewentualność. Licząc na zmylenie przeciwnika, ukrył się w niewielkiej wiosce położonej w odkrytej śnieżnej przestrzeni. Ostrzeżony w porę, zdołał uchylić się podążając saniami w lasy bąkowskie. Stamtąd, licząc na wprowadzenie przeciwnika w błąd, „Wilk” znowu wybrał odkryte przestrzenie pól korycińskich. Po kilku godzinach kluczenia w lesie i wśród pól, pojawiła się szansa na zatarcie śladów sań na uczęszczanej drodze z Korytna do Przedborza. Tu „Wilk” skierował się ku miastu, co także było chytrym posunięciem. Niestety, ślady płóz sań nie pozostawiły tropiącym go, wątpliwości. Dopadli go na przedmieściu Przedborza, w zabudowaniach Józefa i Anieli Stawińskich na Majowej Górze. Wspomina Józefa Chojnacka z d. Stawińska; miała wtedy 16 lat:

Zima była wówczas bardzo ostra, śnieżna i mroźna. Porucznik ”Wilk” przywiózł późnym wieczorem do naszego domu swoich 3 rannych partyzantów. Gdy wniesiono ich do domu, woźnica – chyba z Dobrenic – szybko odjechał. „Wilka” znaliśmy. Był u nas już dwukrotnie. Wysoki, rosły i bardzo przystojny mężczyzna. Ojciec nie raz mówił mu, by rzucił tę partyzantkę, że z „ruskimi” nie wygra się. Porucznik odpowiadał, że złożył przysięgę Polsce i gdy tylu porządnych ludzi gnije w więzieniach, on musi walczyć z przemocą. Wypocznie po wojnie. „Przyjadę wtedy do was w odwiedziny, bo tyle, panie Stawiński, ma pan ładnych córek. Może nawet razem z bratem, który za chlebem wyjechał do Ameryki”. Mama przygotowała im posiłek, a ja z siostrami opatrzyłyśmy rannych. Jeden był ranny w klatkę piersiową, a drugi w biodro. Tych położyłyśmy na łóżku. Trzeci, mówiono do niego „Żak”, młody chłopak, chyba z Żarnowa, był ranny w rękę. Chodził normalnie i żartował. „Wilk” był zdrowy, ale jakiś taki przybity, niespokojny. Gdzieś, po godzinie rozległo się pukanie w okno. Wszyscy, cała rodzina i partyzanci byliśmy w kuchni. Okno było zasłonięte, paliła się lampa naftowa. Ojciec powiedział do mamy, że lepiej będzie, jeśli ona podejdzie do okna i spyta: kto tam? Nikt nie odpowiedział. Rozległo się silniejsze pukanie i zaraz strzał w okno. Rozpadła się szyba; jakiś kawałek zranił mamę. Nagle zerwała się jakby burza. Wokół domu szalała strzelanina wymierzona w nas. Rozżarzone do czerwoności pociski przenikały drewniane ściany domu, okno i pruły po mieszkaniu na oślep. „Wilk” jak stał, chwycił za broń i spytał ojca o tylne wyjście. Obaj z „Żakiem” wyskoczyli przez okno i schronili się w oborze. Myśmy zalegli podłogę. Nagle płomień ognia buchnął z poduszki, na której leżał ranny partyzant, poderwałam się po wodę i zalałam go. Ojciec krzyknął – kładź się, bo cię zabiją! Ta strzelanina trwała z pół godziny i też nagle zgasła. Myśmy przerażeni leżeli na podłodze, a ranni nadal na łóżku. Po jakimś czasie rozległ się głos naszego sąsiada Jana Barskiego, którego wojsko wysłało do pertraktacji. Wołał on ojca, żeby się nie bał, że nic mu się nie stanie, żeby poddał się i wyszedł przed dom. Ojciec wyszedł i już go wojsko zabrało. Wtedy ktoś krzyknął, żeby mama wyniosła broń. I tak zrobiliśmy: mama – broń, a my z siostrami – amunicję. Zaraz w domu zrobiło się pełno ludzi. Nas też postawili pod ścianą i dawaj szukać „Wilka”. Przeszukali cały dom – bezskutecznie. Ktoś dostrzegł wieko do piwnicy i krzyknął, że na pewno tam się ukrył. Zobaczyli, że w piwnicy jest pełno świeżych, z kopca ziemniaków: to na pewno „Wilk” jest pod ziemniakami. Kazali żołnierzom wyrzucać te ziemniaki. Grozili, że jak „Wilka” nie złapią to nas wszystkich wystrzelają. Zabili psa w podwórku, bo ujadał na obcych. Gienia dostrzegła jak UB-owiec chyłkiem wsadził pistolet do łóżka i zaraz narobiła krzyku: „prowokacja!”. Wtedy zjawił się jakiś wyższy wojskowy i kazał przerwać wyrzucanie ziemniaków z piwnicy. Nakrzyczał też na tego UB-owca. Jeden milicjant z Przedborza powiedział, że ktoś się ukrywa na strychu obory. Rzeczywiście jak „Wilk” tam wszedł, to „Żak” schował drabinę i uciekł gdzieś indziej. No i wtedy bali się wejść, to rzucili na strych granaty. Dopiero gdy rozległy się jęki rannego, to go znieśli na dół. Wtedy już nie było wątpliwości. Ranny „Wilk” w mundurze oficerskim z dystynkcjami podporucznika miał urwaną rękę – próbował odrzucić granat i wtedy nastąpiła eksplozja – i rany na głowie. Strasznie jęczał. Lali mu wodę po głowie: może jeszcze coś powie? Wkrótce jednak zmarł.

Było to 10 I 1947 r. Zwłoki ppor. Bartosiaka zabrali funkcjonariusze PUBP z Piotrkowa Tryb. Miejsce jego pochówku pozostaje nieznane. Jedyną pamiątką po „Tadeuszu” – „Wilku” jest tablica pamiątkowa w kościele NMP Królowej Polski w Tomaszowie Maz. W tamtejszej Kaplicy Pamięci Narodowej im. św. Maksymiliana Kolbe przechowywany jest także sztandar kombatancki KWP Baonu „Źródło” (Tomaszów Maz.), Oddziałów Partyzanckich „Żbik”, „Wilk”, „Upiór” i „Pirat”. Jego nazwisko umieszczono w 2010 r. na tablicach memoratywnych pomnika Poległych i Pomordowanych Żołnierzy Konspiracyjnego Wojska Polskiego w Radomsku.

Szczegółową bibliografię zawiera książka Wojciecha Zawadzkiego, Tajemnice Diablej Góry, Końskie 2017, s. 238-246;  fotografia z archiwum autora.

Wojciech Zawadzki