jerzy-beresniewicz-2BEREŚNIEWICZ Jerzy Michał (1909-2003) magister inżynier chemii, zegarmistrz

Urodził się 21 X 1909 r. w Hańsku powiat Chełm, województwo lubelskie, w rodzinie Jana (1858-1919) i Katarzyny (1888-1979) z Mordasewiczów. Jego ojciec Jan Bereśniewicz herbu Kościesza (w odmianie Bereśniewicz), był wówczas administratorem w dobrach bogatych ziemian pp. Bispingów, pracował również u  hr. Zyberk-Platera. Był człowiekiem o szerokich horyzontach, wszechstronnie uzdolnionym, zarządzał m.in. budową fabryk, udoskonalał procesy technologiczne w przemyśle, konstruował instrumenty muzyczne.

Jerzy miał dwie siostry: Janinę i Felicję (zamężna Polkowska). Felicja w spisanych przez siebie wspomnieniach wojennych opisała gehennę zsyłki w głąb Rosji do Kazachstanu, więzienie i wędrówkę wraz z Armią gen. Andersa poprzez Iran do Północnej Rodezji, zaś we wspomnieniach z l. 1911–1927 powraca do czasów dzieciństwa i wczesnej młodości, kreśląc przy okazji rys historyczny tamtych dramatycznych czasów.

Zawierucha I wojny światowej, Rewolucja Październikowa z bandyckimi napaściami bolszewików na domostwa, niepewnością losu, chorobami i wszelkim niedostatkiem, na dodatek wojna polsko-sowiecka 1920 r., to wszystko zaważyło na dalszych losach rodziny Bereśniewiczów.

Ze wspomnień Felicji Polkowskiej:

Rok 1915 – Ludzie z centralnej Polski zaczęli uciekać na wschód. Front zaczął się zbliżać do nas. W sierpniu już były pod Osowcem walki i słyszeliśmy kanonady armat. Niemcy szybko się posuwali za cofającą się rosyjską armią, która zostawiała za sobą zniszczone wsie, pola poryte okopami, przetrzebione lasy.

Rok 1919 – Zima 1919 roku przyniosła odgłosy wojny. Słyszeliśmy dalekie huki armat, a wczesną wiosną bolszewicy wynieśli się z miasteczka. Na ich miejsce przybył pluton ułanów Beliny.

Przez teren majątku przechodziła kolej. Codziennie opancerzone pociągi z wysuniętymi lufami armat jechały w stronę lasku, który został po lesie wyrąbanym przez rosyjskie wojsko – i zaczynała się kanonada.

O świcie patrol Beliniaków galopował z miasteczka też w tym kierunku. Prawie każdego wieczoru jechali ułani odprowadzając kolegę w trumnie na drabiniastym wozie na cmentarz. Jadąc śpiewali:  „Jak to na wojence ładnie”. Trzy salwy żegnały kolegę. To było bardzo smutne.

W 1919 r. ojciec zaraził się tyfusem i zmarł. Sytuacja materialna rodziny uległa raptownemu pogorszeniu.

Dziesięcioletni Jerzy rozpoczął naukę mieszkając w ochronkach w Wołkowysku i Sulejówku pod Warszawą. W 1922 r. został przyjęty do Internatu Kresowego w Bydgoszczy, gdzie w 1929 r. skończył Szkołę Przemysłową na Wydziale Chemiczno-Cukrowniczym.

Państwową Szkołę Przemysłową powołano w 1923/1924 r. w miejsce Państwowej Szkoły Przemysłu Artystycznego. Dyrektorem Szkoły był od 1 I 1924 r. inż. elektryk Franciszek Siemiradzki, absolwent Cesarskiej Wyższej Szkoły Technicznej w Moskwie z 1897 r. Szkoła kształciła na kilku wydziałach. Czesne wynosiło 125–205 zł. Na Wydziale Przemysłów Rolnych istniał podwydział cukrowniczy kierowany przez doktora chemii Jana Czajkowskiego (również kierownika internatu). Nauka na tym wydziale trwała 4 lata. Abiturient otrzymywał świadectwo ukończenia szkoły średniej z wszelkimi uprawnieniami. Przedtem musiał też ukończyć roczną praktykę i zdać stosowny egzamin.

Z rodzinnych wspomnień:

W opowieściach Taty z czasów szkoły w Bydgoszczy na plan pierwszy wyłania się postać dra Czajkowskiego, najlepszego wykładowcy i mądrego człowieka. Tata niejednokrotnie przywoływał te wspomnienia z uwagi na ich tragiczny finał w czasie okupacji niemieckiej. Dr Czajkowski jako wychowawca odwoływał się często do wzorców etycznych i podkreślał, że najwyżej ceni Niemców za ich dyscyplinę i wysoką kulturę. Tak się złożyło, że w pierwszych dniach września 1939 r. został zamordowany przez hitlerowców.

W 1929 r. został przyjęty na praktykę w Państwowej Fabryce Związków Azotowych w Chorzowie. Po jej ukończeniu, za bardzo dobre wyniki pracy ufundowano mu stypendium i wysłano na studia na wydziale chemiczno-technologicznym Politechniki w Pradze (Czechosłowacja). Po trzech latach studiów dopadła go po raz drugi w życiu ciężka choroba – dyzenteria.

Zmiany pochorobowe utrudniły mu dalszą naukę. W  1933 r. wrócił do kraju i zamieszkał u swojej siostry w Baranowiczach. W tym roku poddał się operacji i wrócił na studia, ale z powodu zrostów operację przeprowadzono powtórnie w Wilnie w 1935 r. W 1937 r. powrócił do Pragi aby ukończyć studia, ale znów stan zdrowia zadecydował o konieczności następnej operacji, tym razem w Czechach. Po rekonwalescencji, w tym samym roku zdał egzamin dyplomowy i otrzymał tytuł magistra inżyniera chemii.

Operacje fatalnie odbiły się na jego zdrowiu – trwały ślad pozostał po nich do końca życia. Wrócił do kraju i ponownie zamieszkał u siostry Janiny w Baranowiczach, ale z uwagi na stan zdrowia nie mógł pracować w swoim zawodzie. Dla zapewnienia sobie utrzymania nauczył się jako samouk zegarmistrzostwa. Latem 1939 r. za radą lekarzy wyjechał do krewnych mieszkających w małej wiosce Padzierna w gminie Rubieżewicze, powiat Stołpce. Zastała go tam wojna – i do jej końca przebywał tam, pracując jako zegarmistrz.

Swoją wiedzę z dziedziny chemii spożytkował pomagając mieszkańcom wioski i okolic. Z drewna brzozowego wytwarzał dziegieć, surowiec do produkcji maści na liczne choroby skórne. Sam produkował z dostępnego tłuszczu i posiadanych odczynników chemicznych mydło, towar nie do zdobycia w warunkach wojennych. Znał się również na ziołach.

Cudem uniknął wywiezienia do Kazachstanu, które było udziałem jego najbliższej rodziny: matki (luty 1940 r.) i siostry z dwójką małych dzieci (10 IV 1940 r.). Jak wspominał, zegarmistrzostwo wielokrotnie uratowało go przed śmiercią – z rąk tak bolszewików, jak i Niemców.

We wrześniu 1947 r. przybył do Polski jako repatriant i zamieszkał na Ziemiach Odzyskanych w Krośnie, woj. poznańskie.

W 1948 r. złożył egzamin czeladniczy w Izbie Rzemieślniczej w Poznaniu w rzemiośle zegarmistrzowskim, zaś dyplom mistrzowski uzyskał przed Komisją Egzaminacyjną Mistrzowską w Opolu w 1956 r.

W 1952 r. zawarł związek małżeński ze (zob.) Stanisławą Nieracką. Zamieszkali w Kietrzu, a później w Gorzowie Śląskim.

W 1956 r. razem z rodziną przeprowadził się do Przedborza, gdzie do końca życia pracował jako zegarmistrz. Ten wyuczony – z konieczności – fach stał się jego pasją; sam konstruował niemożliwe do zdobycia narzędzia pracy. Szczególnie w trudnym czasie wojennym i powojennym, kiedy z elementów czołgu niemieckiego wykonywał części wyposażenia warsztatu. Dodatkową wiedzę czerpał z literatury zagranicznej, gdyż biegle władał kilkoma językami (rosyjski, czeski, białoruski, ukraiński, angielski).

Należał do Polskiego Związku Wędkarskiego i dopóki wystarczyło mu sił, wolne chwile spędzał nad Pilicą, ponieważ wędkowanie było jego pasją od najmłodszych lat.

Ze wspomnień Felicji Polkowskiej z 1917 r.:

Latem tego roku ktoś ze znajomych zafundował nam przejażdżkę łódką po Berezynie. Widziałam ogromnego suma z wąsami. Przesunął się koło łódki jak wielka szara bryła.

Tego lata Jurek zaczął codziennie chodzić z wędką na Berezynę. Łapał drobne rybki ukleje. Ja musiałam je czyścić, a Jurek sam je smażył i jakie one były smaczne.

Z racji wykonywanego zawodu miał kontakt z wieloma ludźmi. W pamięci jego córki Weroniki Michalec pozostała barwna, charakterystyczna postać profesora przedborskiego Liceum Ogólnokształcącego (zob.) Aleksandra Manczarskiego, z którym ojciec wiódł długie rozmowy, przeplatane przedwojennymi anegdotami i kawałami opowiadanymi często po rosyjsku lub na modłę żydowską, bo obaj byli świetnymi gawędziarzami.

Miał swoją własną filozofię życiową, którą można nazwać głęboko ekologiczną, a było to w czasie, kiedy nikt w Polsce nie mówił o oszczędzaniu wody, energii elektrycznej, papieru, czy o zdrowym stylu życia. Utrzymywał dobrosąsiedzkie stosunki z mieszkańcami bloku, w którym mieszkał ostatnie kilkadziesiąt lat, służył dobrą radą i pomocą.

Pracował do końca swoich dni, bo nie wyobrażał sobie innego stylu życia i choć zegarki cyfrowe w dużej mierze wyparły z rynku te dawne, mechaniczne, to starzy klienci wiedzieli, że mogą na nim polegać.

Zmarł 22 września 2003 r. Został pochowany w grobowcu rodzinnym na przedborskim cmentarzu.

Dokumenty, materiały i fotografia w zbiorach rodzinnych. Dane z archiwum Szkoły i książki „100 lat Bydgoskiej Szkoły Technicznej” dzięki uprzejmości Stefana Symonidesa.

Weronika Michalec