chciski michaCHĘCIŃSKI Michał Mosze (1924-2011) pułkownik, pisarz

Urodził się 13 V 1924 r. w przedborskiej rodzinie żydowskiej osiadłej w Łodzi. Spędził tam dzieciństwo i młodość. Okres wojny przeżył w łódzkim getcie, gdzie należał do organizatorów ruchu oporu. Podczas likwidacji getta, 29 VIII 1944 r. z całą rodziną został wywieziony do niemieckiego obozu koncentracyjnego KL Auschwitz. Podczas ewakuacyjnego „marszu śmierci” w styczniu 1945 r. zbiegł i przez kilka miesięcy ukrywał się jako robotnik rolny w niemieckim gospodarstwie. Po wyzwoleniu przez rok służył w 314. Wyborgskiej Dywizji Piechoty Armii Czerwonej.

Wszyscy członkowie jego rodziny zostali zgładzeni przez Niemców podczas wojny. Poświęcił im tablicę pamiątkową na żydowskim cmentarzu w Łodzi.

Po powrocie do Polski w grudniu 1946 r. pracował w fabryce jako frezer. Po roku wstąpił do Wojska Polskiego. Służbę odbywał w Informacji Wojskowej, a następnie Wojskowej Służbie Wewnętrznej jako oficer kontrwywiadu i wykładowca w Oficerskiej Szkole Informacji w Wesołej k/Warszawy oraz w Ośrodku Szkolenia WSW. Równocześnie studiował ekonomię na Uniwersytecie Warszawskim. W 1959 r. został starszym wykładowcą Zakładu Ekonomiki Wojennej na Wydziale Wojskowo-Ekonomicznym Wojskowej Akademii Politycznej (WAP). W 1963 r. obronił doktorat z ekonomii.

W lipcu 1967 roku na rozszerzonym zebraniu partyjnym w WAP zaatakowali mnie koledzy – wspominał – Zapytali mnie, czy Polska jest moją ojczyzną? Odpowiedziałem, że to mnie obraża. Moi przodkowie mieszkali tutaj od dwunastego wieku. Przeżyłem getto, Oświęcim, walczyłem z Niemcami. Córki nie chciano przyjąć na UW. Musiałem się zrzec obywatelstwa. Postanowiłem wyjechać za wszelką cenę, natychmiast. Zdegradowano nawet nieboszczyków tylko dlatego, że byli Żydami w polskim wojsku. Tego nie robił nawet Hitler z Żydami z armii kajzerowskiej. Po 1990 roku przywrócono mi stopień wojskowy oraz wojskową rentę. O polskim obywatelstwie nawet nie myślę. Jeśli mogą przywrócić, niech to zrobią. Moje dzieci chcą polskiego obywatelstwa.

Wyemigrował z rodziną po dwóch latach „kwarantanny tajemnicy wojskowej” w 1969 r. do Izraela. W l. 1970-76 pracował jako docent na Uniwersytecie w Jerozolimie. Następnie przeniósł się do USA, gdzie w l. 1976-81 wykładał na Uniwersytecie Harvarda. Stał się znanym ekspertem z dziedziny ekonomiki obronności. W okresie 1984-1996 był zatrudniony w George C. Marshall European Center for Security Studies w Garmisch-Partenkirchen. Po przejściu na emeryturę powrócił do Izraela.

Jest autorem wielu artykułów i kilku książek, z których najczęściej cytowana to “Poland: Communism, nationalism, anti-semitism” (wyd. 1982).

Szczególnie ważna dla dziejów społeczności żydowskiej m. Przedborza jest jego książka zatytułowana „Zegarek mojego ojca”, wydanie II poprawione i uzupełnione, Toruń 1998 oraz wydanie III, Toruń 2001. Pierwsze wydanie tej książki ukazało się w języku angielskim w 1994 r. w USA i Izraelu pod tytułem „My Fater`s Watch”. Są to wspomnienia autora, których znaczna część oparta jest na opowieściach jego ojca o historii, życiu i zwyczajach żydowskiej społeczności Przedborza sprzed I wojny światowej.

Niektóre z opowieści jego ojca, jak poniższa o oryginalnym sposobie czyszczenia garnka po kuglu, żyją już wręcz autonomicznie. Autor w polskim wydaniu przedborski kugiel mylnie nazwał czulentem, jak też w typowym przepisie na czulent wymienił obok kartofli – fasolę i kaszę. Tu użyto poprawnej nazwy i składu tej tradycyjnej przedborskiej potrawy.

W piątek po południu prawie z każdego żydowskiego domu noszono do piekarni garnek z kuglem. W niektórych domach przygotowywano nawet dwa garnki. W miarę jak przybywało dzieci, rosła liczba i rozmiary garnków. I właśnie ja z jednym z braci często musieliśmy nosić ogromny, ciężki garnek do piekarza. U piekarza spotykało się kolegów i była okazja pobawić się razem „w guziki” albo „w kamyczki”. Później trzeba było wrócić do domu i szybko umyć się w balii albo nawet pójść do mykwy [łaźnia obrzędowa –WZ], po czym z ojcem czy starszym bratem, przebrawszy się w sobotni [tu: świąteczny – WZ] chałacik, udać się do bożnicy. Gorzej było w sobotę wieczór, kiedy w kącie stał ten sam – pusty już – gar z przypieczonymi i przypalonymi kartoflami i resztkami mięsa na dnie. Na ogół tego garnka się nie szorowało. Od tego były ryby w Pilicy. Po zapadnięciu zmierzchu, czyli już po sobocie [szabes, sobota – święto żydowskie –WZ], garnek pokrywało się jakąś starą, podziurawioną szmatą, obwiązując ją dookoła sznurkiem. W tej postaci niosło się go do Pilicy i tam wstawiało do rzeki w niezbyt głębokim miejscu. Ta procedura obowiązywała nawet zimą. Na ogół były to miejsca łatwo dostępne i każdy z dzieciaków wiedział, gdzie i co do kogo należy. Po garnki przychodziło się w niedzielę raniutko, przed pójściem do chederu [szkoła religijna – WZ]. Do tego czasu garnki były pełne ryb, które wyjadłszy każdą kruszynkę nie umiały się z naczynia wydostać, a strumień rzeczny wymył już resztę przypalonego jadła. Garnek trzeba było tylko zgrabnie wytaszczyć z rzeki i tak odwrócić, żeby woda się wylała a ryby zostały. „Zarybiony gar” niosło się do domu. Było więc z góry wiadomo, że w niedzielę większość przedborskich Żydów jadło ryby.

Zmarł 16 V 2011 w Hajfie.

M. M. Chęciński, Zegarek mojego ojca, Toruń 1998, wyd. II poprawione i uzupełnione; M. M. Chęciński, Jedenaste przykazanie: nie zapomnij, Toruń 2004; Nekrolog w „Gazecie Wyborczej”- 19 V 2011 r.; http://pl.wikipedia.org/wiki/Micha%C5%82_Ch%C4%99ci%C5%84ski; http://www.polskiinternet.com/polski/info/paszport-4.htm

Wojciech Zawadzki