ks.czechowicz -2CZECHOWICZ Zygmunt (1906–1989) ksiądz, żołnierz, piłkarz, myśliwy, społecznik

Urodził się 21 V 1906 r. w Przedborzu w rodzinie Józefa i Kazimiery z d. Wtorkowska. Wydali oni na świat ośmioro dzieci, wśród nich Zygmunta. Jedna z jego sióstr, Eugenia wyszła za  (zob.) Bolesława Michalskiego – właściciela fabryczki noży na ul. Krakowskiej.

Ze wspomnień księdza:

Pamiętam Cię Ojcze, Twe spracowane ręce Twoje zdecydowanie, kiedy oświadczyłeś z determinacją, że żyły swoje wyprujesz a Twój syn musi skończyć studia i wiem jak ciężko przychodziło Ci zapracować każdy grosz …

Mieszkaliśmy przy ulicy Krakowskiej. Ojciec był przedborskim murarzem. Pracował na budowach tylko latem, zimą zasilał szeregi bezrobotnych i wtedy przymieraliśmy głodem, bo w domu było dziewięcioro gęb do wyżywienia.

Po szkole początkowej zdawałem do seminarium nauczycielskiego, ale  nie zostałem przyjęty , mimo zdanego egzaminu, gdyż zabrakło miejsca dla dziecka murarza. Wszystkie zajęli synowie i córki bogatych panów, wyposażeni w listy polecające od jeszcze bogatszych.

Dopiero w następnym roku przyjęto mnie do prywatnego Gimnazjum Humanistycznego Stanisława Niemca w Radomsku. Wkuwałem odtąd całymi dniami jak najęty, pod miastem był cmentarz zmarłych na cholerę, stary, cichy, tam się kryłem i wbijałem do głowy łacińskie deklinacje i gramatykę francuską.

W przeddzień matury miałem dość zabawne przeżycie: otóż muszę się przyznać, że byłem doskonałym piłkarzem, drużyny wynajmowały mnie, abym strzelał bramki. Przeważnie występowałem w drużynie „Czarnych” z Radomska. W poniedziałek zaczynała się matura, a w niedzielę zdecydowaliśmy się z kolegą, że zagramy w meczu wyjazdowym. Ponieważ większość kolegów pozostała, aby się uczyć , mecz przegraliśmy, a na dodatek spotkała nas surowa bura ze strony uwielbianego przez nas księdza prefekta Kasprzaka, który rugając nas powtarzał: rozumiałbym jeszcze takie szaleństwo, gdybyście chociaż wygrali, a co by było, gdyby któryś złamał nogę., kto wtedy zdałby maturę. Jednak wszystko dobrze się skończyło, trochę może dlatego, że tym drugim niesubordynowanym był syn burmistrza.

Po zdaniu matury zebrałem od kolegów pieniądze na zakupienie mszy dziękczynnej. Poszedłem do proboszcza. Kiedy rozmawialiśmy o ukończeniu szkoły spytał mnie, co będę dalej robił. Powiedziałem, że chciałbym się uczyć dalej, ale dokładnie jeszcze tego nie przemyślałem. Wówczas ksiądz rzucił jakby mimochodem: A może poszedłbyś do seminarium. Odpowiedziałem mu, że być może, ale rozważam również wstąpienie do oficerskiej szkoły kawalerii.

Kilka dni później udałem się do domu w Przedborzu. Nie mieliśmy pieniędzy i szliśmy w trójkę pieszo. Żołądek skręcał mi się z głodu, opadałem z sił i co jakiś czas prosiłem kolegów, abyśmy siadali w rowie i odpoczywali. Do mieszkania wpadłem jednak biegiem i ze słowami – Mamo jeść. I ujrzałem wielkie zakłopotanie matki, która nie spodziewając się mnie dała wszystko co było do jedzenia moim braciom.

Tak zostałem księdzem rezygnując z podchorążówki. Bałem się, że wstępując do szkoły oficerskiej, będę czuł się wśród szlacheckich synów niczym trędowaty. Wybrałem więc Wydział Teologiczny Uniwersytetu Jagiellońskiego. Po pięciu latach – w 1932 roku zostałem wyświęcony na księdza.

W uzupełnieniu należy dodać, że równolegle do studiów uniwersyteckich od września 1927 r. był klerykiem Częstochowskiego Seminarium Duchownego w Krakowie. Na pokrycie części kosztów studiów uniwersyteckich w r. 1927/1928 otrzymał subsydium Rady Miejskiej m. Przedborza w wysokości 150 zł.

Już od dzieciństwa czułem się powołany do stanu duchownego i dlatego bardzo się cieszę i szczerze Bogu dziękuję, że marzenia moje wkrótce staną się rzeczywistością

— pisał w swoim życiorysie. Święcenia subdiakonatu otrzymał w kaplicy seminaryjnej w Krakowie 21 II 1932 r., diakonatu — na Jasnej Górze — 26 III 1932 r. W tym samym roku 29 VI otrzymał na Jasnej Górze z rąk biskupa Teodora Kubiny święcenia prezbiteratu.

Ks. Czechowicz wspominał:

Dostałem pierwszy wikariat i przeniosłem się do Porąbki koło Sosnowca. Miałem znakomitego proboszcza legitymującego się trzema fakultetami. Wydawał on w swej parafii własny tygodnik w nakładzie 1,5 tys. egzemplarzy. Przeznaczony on był dla górników i inteligencji technicznej, czyli dla takich czytelników, jacy zamieszkiwali naszą parafię. Chodziłem po domach, przyglądałem się jak ludzie mieszkają, najbardziej lubiłem przebywać w domach prostych górników, widziałem, że żyli bardzo skromnie, mimo ciężkiej pracy. Swoje obserwacje zebrałem w tekście, który dałem proboszczowi do wydrukowania. Napisałem ile zarabia Naczelny Dyrektor kopalni hrabia Songajło, a ile prosty górnik i zaproponowałem, aby rząd utrącił 20 procent z zarobków i przeznaczył je dla najmniej zarabiających. Proboszcz przystał na wydrukowanie tego tekstu pod warunkiem, że wydrukuję go wtedy, kiedy on wyjedzie na krótko za granicę. I tak się stało, czym ściągnąłem na siebie gniew hrabiego, a że mieszkałem w domku górniczym zabrali mi deputat węglowy.

Wieść o tym rozeszła się po parafii i zaraz odwiedziło mnie dwóch zaprzyjaźnionych lewicowych przywódców górniczych, Waługa i Stiler. Powiedzieli, że górnicy będą organizowali strajk solidarnościowy, jeżeli dyrektor nie naprawi mi krzywdy. Nie zgodziłem się na to, ale oni poszli chyba do dyrektora, gdyż szybko przywrócono mi deputat i to w podwójnej wysokości, a nawet poprawiono oświetlenie.

W l. 1934-1935 był wikariuszem w Brzeźnicy. Nie znajdując porozumienia z wiernymi, poprosił biskupa o przeniesienie. Wspominał o tym tak:

Chciałem iść na kapelana wojskowego, ale biskup nie wyraził zgody. Uznał mnie za mało doświadczonego do takiej pracy. Dał mi do zrozumienia, że nie poradziłbym sobie w środowisku, które dość lekko traktuje religię i obyczaje.

Pracował więc kolejno: w Rudlicach (8 VII 1935 r. — 15 XI 1935), Ręcznie (1935—1936)  skąd musiał odejść po śmierci proboszcza i Kromołowie koło Zawiercia (1936—37). Ta ostatnia parafia szczególnie mocno zaciążyła na jego posłudze kapłańskiej:

Najwięcej było tam bezrobotnych, a jak człowiekowi jeść się chce, to bluźni na wszystko, nawet kościoła nie uszanuje. Zaraz w pierwszych dniach natknąłem się pod fabryką na grupę mężczyzn wystających pod bramą w nadziei na zatrudnienie, i ktoś zawołał:  O patrzcie klecha, ten nie ma takich problemów jak my. Popatrzyli, a ktoś inny powiedział – Daj księdzu spokój.

Pomagałem tym ludziom na ile było mnie stać. Posługi wykonywało się za darmo. Aby ułatwić sobie poruszanie się po okolicy kupiłem sobie motocykl. Zapamiętałem ten fakt, bo był to pierwszy mój zakup, a w sumie nie było ich tak wiele.

W 1937 r. został przeniesiony do parafii św. Józefa w Częstochowie. Z chwilą wybuchu wojny zmobilizowano go do wojska, jako kapelana 74. Górnośląskiego Pułku Piechoty w Lublińcu. Pułk w ramach 7. Dywizji Piechoty w ciężkich walkach wykonywał niewykonalny rozkaz (wg gen. Tadeusza Kutrzeby) obrony rejonu Częstochowy i Lublińca.  Po kilku tygodniach wojaczki zdołał powrócić do swojej parafii.

Na początku 1940 roku składałem przysięgę w konspiracji. Byłem w AK – wspominał po latach – potem odbierałem przysięgi od innych. W tym samym roku przeniesiono mnie do katedry w Częstochowie. Wygłaszałem kazania, pocieszałem bliźnich i mówiłem o Tobie Jezu, uczyłem ludzi wiary i cierpliwości. Sympatyzowałem z socjalistami i może dlatego przeniesiony zostałem pod koniec wojny ponownie na parafię wiejską.

Soborzyce były pierwszą jego samodzielną parafią, dokąd został skierowany jako administrator 18 III 1944 r.

Zorganizowałem u siebie szpital dla rannych partyzantów. Już wtedy zaczynało się to, co dla mnie było najstraszniejsze, że brat strzelał do brata. Sam nie dzieliłem ludzi według światopoglądu. Leżeli u mnie AK-owcy i  AL-owcy, a nawet ludzie z NSZ, gdy byli ranni. Bo to byli POLACY. Zaprzyjaźniłem się z AL-owcami i zostałem aresztowany przez grupę AK. Wywieźli mnie do lasu, pewnie by mnie nastraszyć.

Kiedy nasz tereny zostały wyzwolone, jeszcze na zachodzie trwała wojna, pamiętam pierwszą rezurekcję, kościół wypełnili leśni. Stanąłem na ambonie i powiedziałem: – Wiem, że macie granaty, nie żałujcie ich, jak będę szedł z procesją, niech cały świat usłyszy, że Polska znowu wolna. O, jak oni rzucali te granaty, aż ściany drżały, a ja trzymałem monstrancję, gardło zatykało mi wzruszenie i nogi mdlały. I już wtedy zrozumiałem, że nie będę mógł żyć bez angażowania się w rzeczywistość.

Po kolejnych czterech latach duszpasterstwa, 1 IV 1948 r. został administratorem w Łęce, a następnie 7 IV 1950 r. w Niegowonicach. Jego staraniem zbudowano tam organistówkę i rozpoczęto budowę plebanii.

Pisał o tym tak:

Cieszyłem się jednak, że znów jestem wśród robotników. Widziałem odbudowywane fabryk, powstające nowe i sam chciałem mieć w tym udział. Zacząłem  działać w ZBoWiD.  Zostałem wiceprezesem, a potem prezesem grupy księży. Kiedy na początku 1950 r. władze rozwiązały kościelny „Caritas”, zorganizowaliśmy kilka miesięcy później nową świecką organizację o tej samej nazwie, nastawioną na współdziałanie z władzami. Ludzie szanowali mnie i to było dla mnie nagrodą.

Miałem zasadę, aby tak głosić kazanie, żeby słuchacze nie mieli wątpliwości, że sam wierzę w to co mówię. Głosić  słowo Boże zgodnie z nauką mego mistrza Jezusa, i być samemu przykładem, to było wszystko czego chciałem. Nie oczekiwałem zaszczytów. Jeszcze przed wojną uratowałem tonącego chłopca, na oczach tłumu ludzi, z których żaden nie miał odwagi wskoczyć do wody, znanej z niebezpiecznych wirów. Dostałem za to medal, a prasa socjalistyczna zamieściła o mnie sympatyczne wzmianki, tylko nasza kościelna nie zauważyła tego wydarzenia.

Tak mi się życie układało, że chciałem żyć w zgodzie z sumieniem i często żyłem na bakier z hierarchią.

Zaangażował się w działalności frondy w szeregach duchowieństwa znanej pod nazwą tzw. Księży Patriotów – postępowego ruchu księży i katolików świeckich w ramach Frontu Jedności Narodu. Na wniosek Polskiego Komitetu Obrońców Pokoju został odznaczony 22 VII 1951 r. Złotym Krzyżem Zasługi a z okazji 10-lecia Polski Ludowej Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski.

12 XII 1957 r. otrzymał nominację na proboszcza w Borownie. W tej także parafii podjął i doprowadził do końca budowę domu plebańskiego.

Po 47 latach czynnej posługi duszpasterskiej, dekretem Biskupa Częstochowskiego z 29 XI 1979 r., został przeniesiony w stan spoczynku. Nie skorzystał z propozycji zamieszkania w Domu Księży, lecz przeniósł się do mieszkania prywatnego w Częstochowie. Wtedy częściej odwiedzał rodzinny Przedbórz. Ulubionym miejscem jego grzybobrania był  Czerwony Kamień.

Zmarł 28 IX 1989 r. w Częstochowie. Uroczystości pogrzebowe odbyły się w kościele parafialnym św. Wojciecha BM. Przewodniczył im miejscowy proboszcz i dziekan ks. prałat Józef Słomian przy współudziale 13 kapłanów. Była obecna delegacja z parafii Borowno oraz rodzina z Przedborza. Ciało zmarłego pochowano na cmentarzu „Kule” w Częstochowie.

Credo księdza:

Ja tylko chciałem być zawsze dobrym kapłanem i dobrym obywatelem. Chciałem głosić te prawdy, w które sam uwierzyłem. Dużo myślę, uważam, że największą wartością człowieka jest wolność, wolność myślenia i głoszenia przekonań.

Archiwum Państwowe w Piotrkowie Trybumalskim, Akta m. Przedborza, zespół  687; Wykorzystano biogram ks. Zygmunta Czechowicza opublikowany przez ks. Mariana Mikołajczyka [w:] „Częstochowskich Wiadomościach Diecezjalnych” Nr 1-3/1991, ss. 59-60 oraz wspomnienia ks. Zygmunta Czechowicza wysłuchane w 1985 r.  przez  red. Czesława Curyłę i opublikowane [w:] „Expressie Wieczornym”. Fotografia za zbiorów autora.

Tomasz Dolot