firkowska stefaniaFIRKOWSKA Stefania Józefa (1925-1946?) żołnierz NSZ/AK

Urodziła się 20 IX 1925 r. w Końskich w rodzinie szewca Jana (24 XII 1873 – 25 III 1953) i Marianny z Majsterków (13 II 1885 – 25 XI 1974).

Wg tradycji korzenie rodzinne Firkowskich wywodzą się ze wschodu, z Karaimów ludności pochodzenia tureckiego. W XVIII w. sporo Firkowskich zamieszkiwało w Opoczyńskiem i Koneckiem.

Lata dzieciństwa i młodości spędziła w rodzinie. Miała 4 braci: Stefana (10 IV 1907 – 23 IX 1943), Wacława Michała (27 VII 1912 –  22 VII 1979), Jana Adama (31 XII 1921 – 13 IV 1944) i Józefa Błażeja (20 I 1928 – zamordowany 10 III 1944 r. pod zmienionym nazwiskiem w KL Stutthof) oraz 4 siostry: Lucynę Sabinę zamężną Górską (23 X 1909 – 24 IV 1992), Zofię zamężną Spiraszewską (1915 – 19 IV 1945), Kazimierę Marię zamężną Cieślak (24 II 1917) i Mariannę Jadwigę zamężną Cichońską (1 X 1919 – 25 X 2006).

Uczęszczała do 7-klasowej Szkoły Powszechnej nr 1 w Końskich. Proces jej nauki został przerwany przez agresję Niemiec na Polskę we wrześniu 1939 r. Podczas okupacji niemieckiej szkoła z opóźnieniem i ograniczonym programem nauczania jednak została uruchomiona. Na jej świadectwie ukończenia szkoły wystawionym 30 VI 1940 r. znajdujemy następujące oceny końcowe: „dobry” ze sprawowania, nauki o przyrodzie, arytmetyki z geometrią, rysunków, śpiewu, ćwiczeń cielesnych i robót kobiecych oraz „dostateczny” z religii, języka polskiego i geografii.

Szczególnie ceniła swego brata imiennika Stefana i zarazem ojca chrzestnego. Należał do konspiracji wojskowej Związku Walki Zbrojnej i pełnił funkcję komendanta patrolu Związku Odwetu, późniejszego Kedywu w Rudzie Malenieckiej. We wrześniu 1943 r. został aresztowany i bestialsko skatowany na posterunku żandarmerii w Radoszycach. Jeszcze żywego zakopano go 23 IX 1943 r. w lesie za wsią. Miał 36 lat. Stefania kilkanaście miesięcy później najęła furmankę, wykopała ciało brata i przeniosła do rodzinnego grobu w Końskich.

Wojna ta wywarła ogromny wpływ na losy rodziny Firkowskich. Inny z braci, Jan Adam jeszcze w 1943 r. związał się z konspiracją Narodowych Sił Zbrojnych. W 1944 r. był już w oddziale NSZ „Las I” dowodzonym przez ppor. Stanisława Masłochę ps. „Lucjan”. W Wielki Piątek 13 IV 1944 r. w Rudzisku koło Fałkowa (pow. Końskie) oddział ten został zaskoczony przez Niemców. Zginęło 11 partyzantów, a wśród nich strz. Jan Adam Firkowski ps. „Jurek”. Stefania w imieniu rodziny uczestniczyła w partyzanckim pogrzebie brata.

Śmierć braci musiała ją bardzo boleśnie dotknąć, ale też u dziewczyny, która ledwo osiągnęła pełnoletność musiała wzbudzić potrzebę walki z wrogiem i pragnienie zemsty. Kontakty konspiracyjne braci nie stanowiły dla niej wielkiej tajemnicy. Nieznane są szczegóły, ale najprawdopodobniej jeszcze wiosną 1944 r. była już partyzantem pod pseudonimem „Felek” w oddziale partyzanckim NSZ kpt. Józefa Wyrwy ps. „Stary”. Oddział przemieszczał się głównie na terenie powiatu koneckiego z reguły unikając podejmowania inicjatywy bojowej. Służyło w nim m.in. kilku przedborzan.

Wspomina siostra Stefanii, Kazimiera Cieślak:

Stenia zostaw te partyzantkę, wszystkich mi was pozabijają – płakała nieraz mama. Stefa się tylko śmiała: Mamo, mnie nic nie będzie, ja mam szczęście.

Siostrzeniec Stefanii, Ireneusz Górski mówi:

Była niesamowicie odważna. Nie wiem, czy to się nie brało z brawury, czy naprawdę wierzyła, że nic się jej nie stanie. Jego matkę Lucynę uratowała z łapanki. Jechały pociągiem do Warszawy. Stefa wiozła dokumenty. Lucyna, jej siostra – szmugiel, pięciokilowy blok z masła z rozbitej przez partyzantów mleczarni. W nocy pod Skierniewicami Niemcy zatrzymali pociąg, wygarnęli wszystkich z wagonów na peron. Stój w cieniu, koło mnie, rób co każę – przykazała Stefa Lucynie. Kiedy pociąg ruszał, wepchnęła siostrę do wagonu i wskoczyła za nią. Tylko one dwie z całego składu dojechały do Warszawy.

Dowódca oddziału, kpt. „Stary” tak ją scharakteryzował:

Najdłużej w oddziale przebywała „Felek”, młoda szatynka, z zadartym noskiem, o trochę łobuzerskim wyrazie twarzy. Można było zastosować do niej w całej rozciągłości przysłowie: „Gdzie diabeł nie może, tam babę wyśle”, babę taką jak „Felek”. Z każdego powierzonego zadania wywiązywała się znakomicie. Również w akcji „nie nawaliła”. Gdy po zaawansowaniu na starszego strzelca miała służbę podoficera, słuchano ją bez zastrzeżeń. Umiała przemawiać takim tonem, że niepodobna było sprzeciwić się jej. Wysłana z meldunkiem do sołtysa, żądała podwody i chociaż ubrana była zwyczajnie, po kobiecemu, polecenie jej wykonywano pomimo, że nie posługiwała się pistoletem, który zawsze nosiła (…). W partyzantce nie było różnicy pomiędzy oficerem, szeregowcem lub kobietą. Wszyscy razem spali, razem jedli, wszystkich jednakowo wszy gryzły. Życie kobiety w tych warunkach nie było łatwe.

W pierwszym okresie jej służby partyzanckiej była traktowana jako zwykły strzelec i służbę tę zdaje się w pełni zaaprobowała. Nawet na pamiątkowych fotografiach z partyzantami pali papierosy i trzyma je po męsku, jak oni.

Kpt. „Stary” opisał udział „Felka” w akcji na niemiecką komendę junaków – Polaków zmuszanych przez okupanta do prac budowlanych. Odbyła się ona w 1944 r. w Opocznie. Zadaniem „Felka” wraz z towarzyszącym jej „Gryfem” – Aleksandrem Koślą było opanowanie mieszkania komendanta junaków w rynku.

Wybraliśmy dzień jarmarczny; wówczas panuje w mieście ruch i łatwiej zniknąć w tłumie. (…)„Felek” ubrała się po wiejsku: w pasiasty wełniak opoczyński ze stanikiem, chustką na głowie. Towarzyszący jej partyzant był oczywiście również w ubraniu cywilnym. (…)„Felek” pakowała bieliznę kapitana do walizki, kiedy rozległy się strzały na mieście. Nie mogła pogodzić się z myślą, że ma zrezygnować ze zdobyczy. Nie zostawi pistoletu maszynowego, ani też bielizny tak bardzo żołnierzom potrzebnej. Naładowała pełną walizę, pistolet owinęła w koc czy też w płachtę. Na mieście panował popłoch. Żandarmi zamknęli ulice. W okolicach komendy junackiej rozległy się strzały. „Felek” ze swoją zdobyczą przesunęła się żandarmom przed nosem. Nie zwrócili na nią uwagi, co ich obchodziła młoda wiejska dziewczyna oni szukali wzrokiem mężczyzn, zamachowców. Towarzysz „Felka” wpakował się do jakiegoś mieszkania, a gdy na mieście uspokoiło się, przybył do lasu. Zaskoczenie komendy junackiej spełzło na niczym. Partyzanci musieli wycofać się. (…) Robota nie udała się, ściślej udała się tylko częściowo, bo przecież „Felek” powróciła triumfalnie taszcząc w jednej ręce walizkę, a w drugiej już z daleka wywijała zdobytym pistoletem.

Schwytanie jej z pistoletem w ręku oznaczało śmierć. Upór, konsekwencja i brawura w działaniu zapewniły jej sukces. Inne cechy osobowe „Felka” przypomni ten sam dowódca opisując jej wrażliwość i upór, gdy jako sanitariuszka w okresie po rozwiązaniu pułku opiekowała się rannymi partyzantami.

Od 4 X 1944 r. i przyłączenia w Górkach Niemojewskich opodal Żarnowa oddziału NSZ kpt. „Starego” do 25. Pułku Piechoty AK pod dowództwem mjr. „Leśniaka” – Rudolfa Majewskiego, formalnie rzecz biorąc wszyscy jego dotychczasowi podwładni stali się żołnierzami AK. W szczytowym okresie pułk liczył ok. 1200 żołnierzy. Oddział został przemianowany na 5. kompanię strzelecką w II batalionie, a kpt. „Stary”, jako dowódca tego batalionu równocześnie nadal dowodził kompanią. W strukturach pułkowych zmiany dotknęły także st. strzelca „Felka”. Stefania Firkowska objęła obowiązki sanitariuszki w swojej kompanii. Częściej też nazywano ją „Steńką”. Szlak bojowy pułku wiódł odtąd przez: Widuch (5 X) – Rożenek – Piła – Widuch (bitwa 23 X) – Górki Niemojewskie – Biały Ług (bitwa 27 X) – Bulianów – Górki Niemojewskie – leśn. Huta w lasach przysuskich (bitwa 4 XI) – Boków (bitwa 5 XI) – Kamieniarska Góra – Jan Dziadek – Wincentów-Brody (bitwa 8 XI) – Górki Niemojewskie (rozwiązanie pułku 9 XI). Na przestrzeni tych 37 dni „Felek” uczestniczyła w 5 poważnych bojach toczonych siłami niemal całego pułku, w których ogółem było kilkudziesięciu zabitych i wiele dziesiątek rannych partyzantów, przemierzyła kilkaset kilometrów, doznała przeżyć nieporównywalnych z niczym z wcześniejszych jej doświadczeń życiowych.

Poznała także kolegę-partyzanta, który okazał się miłością jej życia. Wysoki, barczysty i bardzo przystojny z wielką dbałością o wygląd zewnętrzny, a przy tym niesłychanie odważny. Sierż. „Tadeusz” – (zob.) Tadeusz Bartosiak należał do partyzantów o najdłuższym stażu. Starszy od niej o 6 lat bywał wcześniej dowódcą lub zastępcą dowódcy w każdym z oddziałów partyzanckich AK: „Wicher”, „Burza”, „Grom” i „Błyskawica”, które to połączone utworzyły 25. pp AK. Był więc ostoją której pragnie każda kobieta.

Po wyzwoleniu spod okupacji niemieckiej w styczniu 1945 r. zakończyła się partyzancka misja „Felka”; Stefania powróciła do domu rodzinnego. Tymczasem „Tadeusz” pozostawał w swoim macierzystym oddziale partyzanckim „Wicher” po wyzwoleniu, do chwili otrzymania rozkazu o rozwiązaniu AK. W lutym 1945 r., już w cywilnym ubraniu pojawił się w rodzinnym Tomaszowie Mazowieckim. Po powitaniach z rodziną dowiedział się, że nowe władze już go szukają. Powrócił więc do lasu gdzie nadal pozostawała garstka partyzantów, którzy nie bardzo mieli co ze sobą zrobić, nie prowadzili żadnej działalności bojowej i trwali w lasach skotnickich w obozowisku pod Faliszewem. Tymczasem nasilające się aresztowania żołnierzy AK, wywózka na Sybir, zabójstwa i represje budziły sprzeciw niedawnych partyzantów. Wszyscy AK-owcy widzieli ratunek w ucieczce do lasu, do partyzantki. W okresie lutego-kwietnia 1945 r. ponownie został sformowany oddział partyzancki „Burzy” – ppor. Stanisława Karlińskiego, u którego „Tadeusz” był uprzednio zastępcą dowódcy. Napływ partyzantów zasugerował odtworzenie 25. pp AK, teraz jako Samoobrony Armii Krajowej i Narodu. Nasilając działalność zbrojną likwidował „Burza” kolejne posterunki Milicji Obywatelskiej w Ręcznie, Przedborzu, Sulejowie i Łęcznie. W ścisłym powiązaniu z nim, po wschodniej stronie Pilicy odtworzył oddział partyzancki sierż. „Tadeusz”. Rozbił on posterunki w Skotnikach, Skórkowicach i Czermnie. Realizowano przeważnie taki sam scenariusz: niszczenie akt, zabór broni i uprowadzenie milicjantów. Byli oni w rzeczywistości żołnierzami AK z okupacji, albo wręcz byłymi podwładnymi „Burzy”, zatem „uprowadzenie” było tylko przykrywką powrotu do lasu. 8 VII 1945 r. „Burza” stoczył całodzienną bitwę z Armią Czerwoną pod Majkowicami, w której zginęło ok. 120 żołnierzy sowieckich, a wielu odniosło rany. Siedmiu z nich przez kilka lat spoczywało na przedborskim cmentarzu parafialnym.

Na skutek tej sytuacji oraz utworzenia Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej i zapowiedzi przeprowadzenia wolnych wyborów, z końcem lipca 1945 r. „Burza” rozwiązał swój oddział. „Tadeusz” wypełnił także rozkaz „Burzy” i najpewniej pod wpływem Stefanii ujawnił swoje wojsko 30 VII 1945 r. w Powiatowym Urzędzie Bezpieczeństwa Publicznego w Końskich przy ul. Kolejowej 1. Przy tej samej ulicy był dom rodzinny Stefanii. Zakochany Tadeusz chciał ułożyć im legalne, cywilne – normalne – życie. Ich zaręczyny z udziałem szwagra Tadeusza, Tadeusza Seja odbyły się w domu rodzinnym Stefanii w Końskich. Krótko po Nowym Roku zgłosili się u proboszcza parafii św. Mikołaja w Końskich z prośbą u udzielenie sakramentu małżeństwa. W księdze zapowiedzi ślubnych z 1946 r. pod pozycją 3 zapisano: „Tadeusz Bartosiak, lat 26, kawaler i Stefania Firkowska, lat 20, panna, zamieszkali w Końskich”, zapowiedzi wyznaczono na: 6, 13 i 20 stycznia. Ślub zaplanowano w tutejszym kościele. Narzeczeni byli w kościele podczas pierwszych zapowiedzi 6 stycznia.

Nagle, we wtorek 8 I 1946 r. Tadeusz został aresztowany przez UB w nieznanych okolicznościach i osadzony w areszcie w Opocznie. W tym czasie funkcjonariusze UB ze Skotnik Stanisław Stonoga i Walerian Dzitkowski aresztowali kpr. Bronisława Prymusa ps. „Dąb” za przechowywanie broni partyzanckiej oddziału „Tadeusza” w swoim gospodarstwie. Jednak tej broni u niego nie znaleziono. Co ciekawe, to Bronisław Prymus wcześniej wybronił Waleriana Dzitkowskiego u partyzantów „Tadeusza” przed zasłużoną karą za rabunki: „darujcie mu jeszcze raz – mówił” i darowali. 12 stycznia pod tym samym zarzutem aresztowany został bliźniaczy brat Bronisława, Tadeusz Prymus zamieszkały w pobliskim Józefowie Nowym oraz z tej samej wsi Andrzej Chumc. U Chumca w toku rewizji znaleziono 5 szt. broni maszynowej. Zeznał on, że broń ta należała do Prymusów. Również inni byli partyzanci „Tadeusza” zostali wówczas aresztowani. Stenia dowiedziała się, że Tadeusz jest uwięziony w Opocznie i podjęła starania o jego uwolnienie. Z kolei żona Bronisława, Genowefa Prymus podczas odwiedzin w więzieniu w Opocznie odebrała zakrwawioną koszulę męża. Szczególnie znęcał się nad więźniami funkcjonariusz UB Antoni Wrocławski. Genowefa Prymus dotarła z tą koszulą do premiera Edwarda Osóbki-Morawskiego. Na jego interwencję zaprzestano w Opocznie bicia więźniów. Z przebiegu dalszych wypadków można wysnuć wniosek, że starania Stefanii mogły toczyć się dwutorowo: oficjalnie – obłożone warunkiem, żeby oddać UB coś (np. jakieś dokumenty?), co było w posiadaniu Tadeusza, a na czym im zależało, albo też nieoficjalnie – drogą korupcji. Żadnej z tych tez dziś już nie można do końca wykluczyć, bowiem wszelkie dokumenty dotyczące tej sprawy zostały skrupulatnie zniszczone. Pewne jest zaś to, że w Wielki Piątek 19 IV 1946 r. Tadeusz uciekł z aresztu PUBP w Opocznie. Ucieczka była przygotowana najprawdopodobniej przez Stefanię. Osobiście powiadomiła ona Genowefę Prymusową, iż „tej nocy” jest zaplanowana ucieczka Tadeusza i innych z więzienia w Opocznie. Stefania, mimo obaw Genowefy Prymus postanowiła u niej przenocować. Być może tu miało nastąpić jej spotkanie z Tadeuszem?

Tymczasem wg relacji Teresy Prymusówny:

Około 1-2 w nocy usłyszała łomot do drzwi i krzyki: „otworzyć milicja”. Genowefa Prymus odmówiła otworzenia drzwi mówiąc, że jest sama z dziećmi i prosi o przyjście rano. Wtedy ktoś zaczął uderzać mocno w drzwi powodując ich pęknięcie. Babcia przestraszyła się łomotu i otworzyła drzwi. Do środka weszło trzech nieznanych młodych mężczyzn: dwóch weszło do pokoju, a jeden został w kuchni przy drzwiach. Ci mężczyźni byli po cywilnemu, lecz byli uzbrojeni w pistolety maszynowe. Dwóch mężczyzn, którzy wbiegli do pokoju, od razu chwyciło za ręce i obezwładniło Stefanię Firkowską. „Stenka” stawiała opór, ale siła wyprowadzili ją na zewnątrz. Przed domem było jeszcze trzech innych mężczyzn ubranych po cywilnemu i również uzbrojonych, prawdopodobnie w pistolety maszynowe. Dwóch z nich, nieznanych Genowefie Prymus, stało przy oknach. Trzeci mężczyzna na zewnątrz stał przy drodze i jego Genowefa Prymus rozpoznała, gdyż był to Stanisław Stonoga.

Pamięta, że była to wyjątkowo jasna noc księżycowa i Genowefa Prymus wyraźnie po rysach rozpoznała Stanisława Stonogę. Przed wyjściem mężczyźni, którzy wyprowadzili „Stenkę” zmusili ją do ubrania się, gdyż była ona w bieliźnie. Prymusowie nie wiedzieli, gdzie zabrano Stefanię Firkowską. Genowefa Prymus widziała, że mężczyźni, którzy uprowadzili Stefanię Firkowską, prowadzili ją w stronę drogi na Sulejów.

Wg siostrzeńca Mariana Seja, Tadeusz po ucieczce z więzienia pojawił się w domu jego rodziców w Tomaszowie Maz. Dowiedział się, że kilkanaście godzin wcześniej była tam Stefania i „z polecenia Tadeusza” zabrała jego dwie teczki, przechowywane w ich domu. Marian Sej nie znał ich zawartości, jedynie domyślał się, że mogły to być pieniądze i dokumenty. Należy przyjąć, że Stefania odebrała te teczki od Seja przed 19 IV i być może opłaciła ich zawartością planowaną ucieczkę. Kwestia „teczek Tadeusza” zajmuje – jak widać z przebiegu wypadków – istotne miejsce. Z pewnością można przyjąć twierdzenie, iż zawartość ich odegrała przełomową rolę, skoro Tadeusz pierwsze swe kroki po ucieczce z więzienia skierował właśnie po nie. Musiał być o tę ich zawartość indagowany w więzieniu. Zapewne dążył do lepszego ich ukrycia, zabezpieczenia. Zdumiewające jest również i to, że nie zachowały się żadne dokumenty na temat uwięzienia i ucieczki Tadeusza oraz aresztowania Steni w domu Prymusów przez „milicję”. Zmowa milczenia na ten temat w UB znajduje odzwierciedlenie już od 1946 r. czyli, że cała ta sprawa już od początku miała wyjątkowo tajemniczy charakter.

Ze wspomnień Marii Cichońskiej:

Natychmiastowe poszukiwania Stefanii prowadzone przeze mnie i rodzinę nie przynosiły rezultatu przez około 2 miesiące, kiedy to doniesiono mi, że siostrę moją uprowadzili (…) funkcjonariusze UB i za Skotnikami koło Wielkiej Wsi dokonali mordu. Zdobyłam się na odwagę i poszłam do komendanta UB w Końskich Piątka. W czasie rozmowy powiedziałam mu, że doszły mnie słuchy, iż moja siostra została zabita gdzieś za Skotnikami i prosiłam o pomoc w odnalezieniu i przewiezieniu ciała zamordowanej na cmentarz. Tłumaczyłam, że jeśli siostra nie dostosowała się do ustroju komunistycznego, to chyba powinna mieć chociaż ludzki pochówek, jeżeli nie zasłużyła na proces sądowy, którego nie odmówiono zbrodniarzom niemieckim. Powiedziałam też, że jako partyzant z lasu oddała duże zasługi podziemiu swoim zaangażowaniem i odwagą w walce z okupantem. Komendant UB Piątek odesłał mnie do funkcjonariusza UB Stonogi (…). Kiedy zgłosiłam się do w/w Stonogi ten po wysłuchaniu dał mi na piśmie dwa nazwiska mężczyzn, którzy mieli ją uprowadzić i „sprzątnąć”.

Maria Cichońska wraz z matką Marianną przedstawiły problem w skardze skierowanej 28 VIII 1946 r. do Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego oraz premiera. W krótkim czasie – wspomina – otrzymałam wezwanie na sprawę w Opocznie (…). 17 IX 1946 r. datowane jest pismo do Marianny Firkowskiej z Prezydium Rady Ministrów nr 9-F/64, podpisane przez Michała Pankiewicza, Szefa Sekretariatu Premiera, w którym pyta jak została załatwiona sprawa ekshumacji zwłok córki w Ministerstwie Bezpieczeństwa oraz prosi – jeśli sprawy nie załatwiono i są trudności – o powtórne wystąpienie do premiera. Z kolei datowane na 24 IX 1946 r. pismo Prezydium Rady Ministrów nr 9-F/60 z podpisem Dyrektora Biura Prezydialnego Rady Ministrów, mgra Z. Kłopotowskiego informuje, że z polecenia Prezesa Rady Ministrów podanie w sprawie odszukania córki Stefanii Firkowskiej zostało przesłane do Naczelnej Prokuratury WP w celu przeprowadzenia dochodzenia. Rok później ten sam mgr Z. Kłopotowski poinformował Mariannę Firkowską, iż w świetle wyjaśnień otrzymanych z Naczelnej Prokuratury Wojskowej jej córka nie była aresztowana przez organa UB „lecz około Wielkanocy 1946 r. zabrana została przez nie wykrytych 4 uzbrojonych osobników z mieszkania ob. Prymusa w Skotnikach i odtąd ślad po niej zaginął”. A ponadto: „przeprowadzone dochodzenie nie dostarczyło dowodów by podejrzany funkcjonariusz PUBP w Końskich brał udział w uprowadzeniu Firkowskiej Stefanii”. Po latach okaże się, że żadna taka sprawa przed Sądem Rejonowym w Opocznie nie miała miejsca…

Niezależnie od tego, rodzina Firkowskich podejmowała ciągle na nowo samodzielnie poszukiwania Stefanii. Jej siostrzeniec Ireneusz Górski w 2002 r. wystąpił w imieniu rodziny do Instytutu Pamięci Narodowej, Głównej Komisji Badania Zbrodni Przeciwko Narodowi Polskiemu o wszczęcie śledztwa. Prokurator IPN w Łodzi postanowieniem z 31 III 2004 r. umorzył to śledztwo wobec nie wykrycia sprawców. Zgromadził jednak obszerny materiał wskazujący bezspornie, iż Stanisław Stonoga był jedną z osób uczestniczących w uprowadzeniu Stefanii. Ustalił także, że popełniono na niej zbrodnię komunistyczną, której przebieg przedawnienia rozpoczął się 1 I 1990 r., a karalność ustanie po 30 latach.

Tymczasem „Tadeusz” pod wpływem tych wydarzeń wiosną 1946 r. podporządkował się kpt. „Warszycowi” – Zbigniewowi Sojczyńskiemu, przyjął nowy pseudonim „Wilk” i utworzył w strukturach Konspiracyjnego Wojska Polskiego nowy oddział partyzancki. Obok zadań KWP, jednym z jego osobistych celów działania było najpierw odszukanie Steni. Gdy stracił nadzieję, że znajdzie ją żywą, dążył do ukarania sprawców jej śmierci. M.in. podczas jednej z akcji w Przedborzu postrzelił owego funkcjonariusza UB Stanisława Stonogę w restauracji p. Franciszki Jaźwiecowej przy ul. Warszawskiej. Ranny Stonoga wyskoczył przez okno i uciekł. Schronienia udzieliła mu wtedy Janina Małecka w domu przy ul. Pocztowej, która zapewniła „Wilka”, że nie widziała Stonogi. Kilku innych funkcjonariuszy UB z Końskich i Opoczna, zamieszanych w tę wielowątkową sprawę kryminalną, poniosło zasłużone kary z ręki „Wilka”. On sam zaś poległ w Przedborzu na Majowej Górze 10 I 1947 r. Miejsce ukrycia jego zwłok pozostaje nieznane. 27 IX 2009 r. na cmentarzu przykościelnym w Skotnikach z inicjatywy Stowarzyszenia Orląt AK z Kielc odsłonięty został kamień memorialny poświęcony Stefanii Firkowskiej.

Opracowano na podstawie autorskich materiałów do biografii Tadeusza Bartosiaka. Szczególne podziękowania dla Ryszarda Cichońskiego.

Wojciech Zawadzki