Kowalski JózefKOWALSKI Józef (1924-1983) więzień niemieckich obozów koncentracyjnych

Urodził się 25 II 1924 r. w Przedborzu. Ukończył 6 klas Szkoły Powszechnej w Przedborzu. Podczas okupacji niemieckiej w 1941 r., jako 17-latek podjął pracę robotnika w tartaku Szkopińskich.

Żandarmeria niemiecka aresztowała go 21 I 1943 r. wraz z (zob.) Marianem Najmrockim, Andrzejem Lichem, Zdzisławem Jankowskim, Aleksym Kurczyńskim, Adamem Basajem i innymi. Kowalski uważał, że aresztowania były skutkiem donosów rodzimych volksdeutschów Schmidtów, Rogackich i Guciów. Najpierw wywieziono ich do więzienia w Końskich, skąd po 3-dniowym pobycie przewiezieni zostali do więzienia w Kielcach. Tam przebywali trzy tygodnie czekając, aż Niemcy uzbierają kompletny transport, tj. 300 kobiet i 700 mężczyzn. Zawieziono ich do obozu koncentracyjnego KL Auschwitz.

Po łaźni wydano obozowe pasiaki i 12 II 1943 r. ujęto na ewidencję. Kowalskiemu wytatuowano numer obozowy 101318. Ten numer odtąd miał się stać jego nazwiskiem. Po kwarantannie w podobozie Birkenau-Reisko trafił do właściwego obozu Auschwitz. Pracował przy kuchni SS-mańskiej skąd jego grupa robocza nazywana komandem, wywoziła śmieci poza obóz na wysypisko. Była to o tyle dobra praca, bo:

dzięki temu były choć kartofle i jeszcze od czasu do czasu coś bardziej konkretnego. Niemcy jednak byli cwani, bo kiedy zobaczyli, że ktoś z nas już trochę przy kuchni się poprawił, to go już zmieniali i dawali na jego miejsce jakiegoś chudeusza, aby jeden za bardzo nie przytył.

Poza codzienną pracą działy się wydarzenia bardziej przykre. Byłem świadkiem jak przed kuchnią powieszono 12-tu ludzi. Skazano ich za próbę ucieczki, która się nie powiodła dla tych których złapano, bo jednak kilku osobom udało się uciec. Po takiej ucieczce znów apele i liczenie, co już nie było dla nas nowością. Jednak na egzekucję spędzono wszystkich więźniów, aby się przyglądali czym grozi próba ucieczki, o czym zresztą zawsze komunikowali dla zastraszenia pozostałych więźniów.  

W obozie tym przebywałem półtora roku. Trzeba przyznać, że w tym okresie życie obozowe jak gdyby było unormowane, jeśli to w ogóle można nazwać jakąś normą życia.

Potem został przeniesiony do obozu KL Neuengamme położonym 9 km od Hamburga. Więźniów zatrudniano w głównie w cegielni.

Ja byłem młody, stosunkowo mały i niezbyt wyrośnięty i nie miałem za dużo sił. Nic też dziwnego, że było      i tak gdy nie mogłem wyciągnąć nóg z gliny, to wtedy widząc to, dozorca SS-man doskakiwał do mnie i bił czym popadło i oczywiście jakimś nadludzkim wysiłkiem spowodowanym strachem i bólem jakoś wykaraskałem się z gliny i tym samym zakończyłem znęcanie się nad mną. Jedyną wówczas dla nas nagrodą było to, że codziennie byliśmy świadkami alianckich nalotów lotniczych na Hamburg. Bombardowały w szczególności obiekty przemysłu wojennego, choć nie obyło się i bez tego, że bomby spadały na obiekty cywilne i w ten sposób działały demoralizująco na ludność niemiecką.

(…) Byłem świadkiem bestialstwa niemieckiego: wrzucono jednego z więźniów do pobliskiego jeziora i musiał on tam pływać. Kiedy podpływał już do burty, to go nogami spychano z powrotem do wody, co trwało tak długo, aż się utopił.

(…) W KL Neuengamme byłem trzy miesiące, gdyż tam byli potrzebni silni ludzie, a nie tacy jak ja szczuplaki i mikrusy, tym bardziej, że karmiono nas brukwią, szpinakiem i kapustą, bez mięsa i tłuszczu. Dawano co prawda margarynę oraz 10-cio dekowe sznytki chleba, ale to pozwalało ledwo żyć, a co dopiero mówić o większym wysiłku fizycznym.

Kolejno, w grupie 250 więźniów trafił do obozu przy fabryce akumulatorów „Hannover Stecken”.

Tam pracowałem przy piecu w którym wypalało się części kauczukowe do akumulatorów. Mieszkaliśmy w barakach po 25 ludzi w jednym. Wyżywienie podobne jak w obozie poprzednim. Był już rok 1944. Pracowaliśmy bardzo ciężko zwłaszcza, że było bardzo gorąco i kompletny brak wentylacji. Tylko dzięki temu, że fabryka została uszkodzona bombami, to zrobił się naturalny otwór wentylacyjny, przez co mogliśmy mieć trochę świeżego powietrza, gdyż temperatura wewnątrz wynosiła ok. 80° i był tak straszny upał, że po prostu było to ponad ludzką wytrzymałość.

(…)Tam również byłem świadkiem tragicznego wydarzenia. Kiedy jeden z Rosjan uciekł z tej fabryki i go złapano, to na oczach wszystkich więźniów powieszono go dla przykładu. Kiedy wieszano również jednego Niemca za jakieś przewinienie, to ten skazaniec powiedział do wieszającego go SS-mana: dziś mnie a jutro was.

(…) W obozie tym był straszny głód i nic też dziwnego, że niektórzy robotnicy już tego wytrzymać nie mogli i pojedli trochę gumy z kauczuku popijając wodą i skutek był taki, że umierali bez ratunku.

Stamtąd wysłano go obozu KL Bergen-Belsen.

Wydawało się, że już najgorsze minęło i być może tutaj będzie trochę lepiej. Do tego obozu przypędzano więźniów ze wszystkich obozów i na skutek tego był tam jeszcze większy głód, niż w obozach poprzednich. Gdy przywieziono na taką wielką ilość więźniów beczkę zupy wodnistej z brukwi, w której pływały nieliczne i małe kawałeczki tej brukwi, to wszyscy rzucili się, by być pierwszym, gdyż już dla następnych nie wystarczy. Ja chciałem także coś dla siebie zorganizować i kiedy dość agresywnie starałem się zdobyć zupę, to dostałem ale po głowie od „kapusiów”, którzy wydawali tę zupę. Warunki były straszne i dziennie umierało ok. 5 000 ludzi. Obok mnie spał więzień i w pewnej chwili gdy spojrzałem na niego to już nie żył i to było normalnym wydarzeniem. Wszędzie było pełno trupów, których nikt nawet nie sprzątał, bo nikt nie wiedział, czy za chwilę on sam nie podzieli losu już nieżyjących. Tak trwało trzy tygodnie, aż wreszcie oswobodzili nas Anglicy i Polacy oraz Amerykanie.

(…)w tym obozie był taki głód, że w wielu wypadkach spotkałem się z ludożerstwem. Widziałem jak jeden z więźniów wykroił z pośladka zmarłego jeńca kawał ciała i upiekł na węglach i to zjadł.

(…)Jakie były warunki to niechaj świadczy o tym fakt, że po wyjściu z obozu ważyłem 27 kg.  

(…)W tym obozie zachorowałem na tyfus i zabrano mnie do szpitala angielskiego, gdzie kurowano mnie wspaniałymi zastrzykami, dając przy tym doskonałe jedzenie w skład którego wchodziła czekolada i owoce i to na co dzień, a nie od jakiegoś wielkiego święta.

Do kraju powrócił w 1946 r. Żonaty ze Stefanią (5 II 1933- 15 IV 1992).

Skutkiem uwięzienia przewlekle cierpiał na wiele dolegliwości, m. in. na skutek awitaminozy stracił zęby i nastąpił zanik słuchu.

Przeżył 59 lat. Zmarł 24 I 1983 r. i spoczął na przedborskim cmentarzu.

Archiwum koła Związku Kombatantów Rzeczypospolitej Polskiej i Byłych Więźniów Politycznych w Przedborzu; Wspomnienia i życiorysy członków koła ZBoWiD w Przedborzu, zebrał i opracował Eugeniusz Stanikowski, mnps styczeń-luty 1982; http://www.straty.pl/index.php/szukaj-w-bazie;

http://auschwitz.org/muzeum/informacja-o-wiezniach/

 Wojciech Zawadzki