szymon_ukasiewicz_523ŁUKASIEWICZE, Szymon i Stanisław; ojciec Szymon (1888-1939) kowal (fot.); syn Stanisław (1921-1939) uczeń; “Obrońcy Przedborza 1939 r.”

Szymon urodził się 28 X 1888 r. w rodzinie rolnika Jana Franciszka i Marii w Szczedzicach, gmina Błaziny, powiat Iłża. W 1913 r. ożenił się z Marianną Gryber z Przedborza. W wojsku nie służył, być może ze względu na wzrost 161 cm. Wykształcił się w zawodzie kowala. Od 5 V 1914 r. do 5 II 1925 r. mieszkał w Masłowicach i tam pracował na utrzymanie żony i dzieci mieszkających od 1924 r. w Przedborzu. Po przeprowadzce do rodziny, wspólnie zamieszkali w domu przy ul. Częstochowskiej 28.

Wojenny los złączył go na trwałe z synem Stanisławem, urodzonym 18 VIII 1921 r. w Masłowicach. Wspomina syn Piotr Łukasiewicz (r. 1927):

Ojciec Szymon miał kuźnię i warsztat ślusarski a Mama Marianna z d. Gryber, prowadziła sklep spożywczy. Wszystko we własnym domu, przy ul. Częstochowskiej 26 [dawny numer, poźniej: 28]. Mama pochodziła z dawno już spolszczonej rodziny niemieckiej Grüber, zamieszkałej przy ul. Podzamcze. Znała język niemiecki. W domu było nas 5 rodzeństwa: Marian, Stefan, Stanisław, Stanisława i ja. Powodziło się nam dobrze. Starsi bracia pracowali z Ojcem w kuźni, głównie na potrzeby fabryki Józefa Machuderskiego. Szczególnie uzdolniony technicznie był Stanisław. Kierownik szkoły, pan Sosna posyłał go na różne zajęcia doskonalące na koszt szkoły. Jak wybuchła wojna miałem 12 lat. Ojciec na wzór z I wojny światowej porobił w piwnicy zapasy, głównie żywności. Wszyscy wtedy mówili o wojnie gazowej, o potrzebie używania masek pgaz., o schronach plot. Myśmy swego schronu nie mieli. Machuderski zapraszał do korzystania z jego schronu, a Bielecki właściciel młyna, prosił do swojego. Problemu więc nie było (…).

W dniu 6 września, jak Niemcy na dobre wkroczyli do Przedborza, to po poprzednich ich wizytach wszyscy wiedzieli, że nic dobrego z tego nie wyniknie. Toteż, kto nie uciekł z miasta, to krył się gdzie się da. My, całą rodziną pobiegliśmy do schronu Bieleckich. To był wielki schron, a tego dnia, prócz nas – nikogo. Po jakimś czasie, usłyszeliśmy wrzaski Niemców. Do nas też zaczęli krzyczeć, żeby wychodzić z podniesionymi rękoma. Niemcy chcieli wrzucić granat, ale Mama krzyknęła, że są tu dzieci. Wyprowadzili nas na ul. Częstochowską, pod pomnik Marszałka Piłsudskiego. Było tam już parę osób. Polacy i Żydzi, może ich było nawet więcej. Wszyscy stłoczyli się pod pomnikiem, bo na wprost wycelowany był w nas karabin maszynowy. Strach i płacz. Któryś z żołnierzy zapowiedział, że jeżeli 1 Niemiec zginie, wszyscy zostaniemy rozstrzelani. Niemcy szukali jakiegoś „Kosickiego”, wrzeszczeli na nas strasznie. Nikt takiego nie znał. Ktoś z Żydów powiedział, że pewnie chodzi im o „Osickiego” i skierował Niemców do niego. Okazało się, że to nie ten. W końcu wyszło, że chodzi o „Koskiego”, gdyż to on strzelał do Niemców. Jakiś volksdeutsch musiał go wydać. Polecieli zaraz po Koskiego, ale go nie znaleźli. Zdążył się dobrze ukryć. W bożnicy na ul. Częstochowskiej też byli zakładnicy, m.in. Spadło Jan (szwagier), Stefan i Marian Łukasiewiczowie. Następni stali pod murem z rękami za głową. Dzieci głodne i matki płakały. To wszystko trwało bardzo długo. Byliśmy całkowicie przerażeni. Rozpuścili nas dopiero w godzinach popołudniowych. Jak biegłem do domu, rozległy się strzały. W domu dopiero okazało się, że mam przestrzeloną nogawkę. Kazali otworzyć sklepy. Wtedy żołnierze zaczęli brać towary z półek, jak swoje. Niemcy z Krerów [Olendrów] wszystko dostawali od tych żołnierzy. Bandycka kradzież pod nadzorem km-ów. Wieczorem jakby trochę się uspokoiło, ale niemieckie patrole krążyły po mieście. Od czasu do czasu rozlegały się strzały z karabinów. Świecili latarkami w okna.

Byliśmy w domu wszyscy z wyjątkiem Ojca i brata Stanisława. Niepokoiło nas, że nie wrócili na noc. Także nie było ich w następną noc. Spaliśmy tak, jak poprzednio, na słomie rozłożonej na podłodze. To dla bezpieczeństwa, żeby uniknąć jakiś przypadkowych strzałów. One jeszcze długo się rozlegały. Dopiero siódmego dnia ludzie nam powiedzieli, że Ojciec i Brat leżą w dole z wapnem, koło kuźni przy ul. Leśnej, na rogu ul. Korycińskiej. Zaraz tam polecieliśmy wszyscy. To było tak, że ktoś miał tam dół z wapnem gaszonym. Jak Niemcy przyszli, to dół został nie zasypany, a ten właściciel uciekł. Jak wrócił po paru dniach, zdziwiło go, że ktoś ten dół mu zasypał. Odrzucił ziemię, a tu ludzie w wapnie. Było ich trzech: Gajecki bliżej Korycińskiej, Ojciec prosto w okno kuźni, Brat obok. Za to, że mieli brzytwy – tak mówili ludzie. Ujęli ich na Wierzbowskiej, odprowadzili na drugą ulicę i tam rozstrzelali. To było 6 września o godzinie 17-ej. Ojciec dostał strzał z tyłu, głowa cała rozerwana, ręce uniesione do góry zastygły i tak w trumnie wystawały. Za nic nie można było ich złożyć. Wszystko, co miał przy sobie, zostało (…). Brat nie miał żadnych ran. Mama mówiła, że był żywcem zakopany. W rzeczywistości miał przestrzelony kręgosłup. Niemcy im życie odebrali, za co?

Jakie problemy były z pogrzebem. Trumny i wóz, pół biedy. Niemcy nie chcieli zezwolić na przejazd wozu przez most pontonowy. Kazali trumny przenieść przez wodę [rzekę]. W końcu Mama wypłakała zgodę na przejazd po tym moście, ale z kolei zabronili udziału dzieci w pogrzebie; tylko ona sama. I bez księdza i bez kościoła (…)”.

Rada Miasta Przedborza pragnąc upamiętnić ofiary spośród mieszkańców miasta i Ich czyn w jego obronie, uchwałą nr XXXIX/276/06 z 16 X 2006 r., nadała rondu przy moście zbiorowe imię “Obrońców Przedborza 1939 r.”

Relacja Piotra Łukasiewicza i dokumenty rodzinne Łukasiewiczów, kopie w posiadaniu autora; W. Zawadzki, Przedborski wrzesień, Bydgoszcz 2004; fot. w zbiorach autora.

Wojciech Zawadzki