michalski bolesawMICHALSKI Bolesław (1909-1997) właściciel fabryczki noży

Urodził się 10 VII 1909 r. w Przedborzu, jako kolejne piąte, najmłodsze dziecko w rodzinie Antoniego (1860–1938) i Bronisławy z Bieleckich (1867-1919). Ojciec był lutnikiem i wytwórcą innych instrumentów muzycznych, w tym fisharmonii, którą jeszcze w l. 60-tych XX w. używał organista w przypadku braku zasilania elektrycznego w przedborskim kościele. Był również kapelmistrzem miejscowej orkiestry dętej.

Wg przekazów rodzinnych dziadek Bolesława, Aleksander Michalski przybył do Przedborza w połowie XIX w. z Wiednia, jako organmistrz sprowadzony przez ówczesnego  proboszcza  do zbudowania organów. Tu poznał i poślubił Walerię z d. Borkowską.

Bolesław miał cztery starsze siostry: Mariannę (Kucharską), Stefanię (Ponomarczuk), Annę (Szkopińską) i Kazimierę (Wurszt–Natkańską), które po śmierci matki sprawowały razem z ojcem opiekę nad  9-letnim bratem.

W wieku 15 lat zabrany został przez siostrę Annę na naukę zawodu do Warszawy, gdzie ona, jako dorosła już osoba mieszkała i pracowała. Tam też przez 3 lata uczył się zawodu u mistrza Aleksandra Kryskiego, w zakładzie ślusarskim przy ul. Wroniej 34. Równocześnie na tzw. „kursach dokształcających” zdobywał teoretyczną podbudowę umiejętności fachowych.

Po ukończeniu nauki wrócił do Przedborza i rozpoczął pracę w fabryce  (zob.) Lucjana Wójcickiego przy ul. Cegielnianej, produkującej galanterię metalową, głównie noże (koziki). W krótkim czasie uzyskał tytuł czeladnika ślusarskiego, co w ówczesnych warunkach, w środowisku przedborskim było autentyczną nobilitacją zawodową. To zwróciło uwagę i zainteresowanie miejscowych przedsiębiorców branży metalowej (Wójcicki, Wajmann, Machuderski i inni).

W l. 1930–1932 odbywał służbę wojskową w 25. Pułku Piechoty w Piotrkowie Trybunalskim, razem z dwoma innymi przedborzanami: Tomaszem Sikorskim (kucharz) i Zenonem Gładyszewskim (trębacz). On doskonalił swoje umiejętności jako rusznikarz.

Po wojsku wrócił do Przedborza i 30 VI 1933 r. zawarł związek małżeński z Eugenią Czechowicz (1910–1983), sąsiadką z ul. Krakowskiej. Ponownie też zatrudnił się w fabryce Wójcickiego.

Wtedy rozpoczął też realizację swojego życiowego celu, tj. utworzenia własnego warsztatu rzemieślniczego branży metalowej. Pracował mozolnie, okresowo w dwóch miejscach pracy: u Wójcickiego i u Wajmanna. Za zaoszczędzone środki kupował niezbędny osprzęt dla przyszłego warsztatu. W drugiej połowie lat trzydziestych odpowiedział pozytywnie na propozycję dwóch przedsiębiorców branży tekstylnej z Łodzi: Mosze Pulki i Josefa Byka. Chodziło o założenie spółki zajmującej się poszukiwaną wówczas na rynku produkcją tzw. „ekspresów”, czyli zamków błyskawicznych do swetrów i ubrań, produkowanych w łódzkich fabrykach tekstylnych. Produkcja trudna technologicznie przygotowana  przez Bolesława Michalskiego ruszyła w 1938 r. Wytwarzano metalowe, galwanizowane przez chromowanie, kompletne zamki błyskawiczne w szerokim asortymencie.

W tym okresie Bolesław Michalski uległ wypadkowi: amoniak trwale uszkodził mu prawe oko. Z tego powodu został zakwalifikowany jako niezdolny do służby wojskowej i został pominięty w trakcie powszechnej mobilizacji 1939 r.

We wrześniu 1939 r., podczas walk o Przedbórz, Michalski, schronił się z żoną i dwojgiem dzieci: Barbarą Marią (ur. 1935) i Antonim Józefem (1937–2001) we wsi Zagacie. Żołnierze Wehrmachtu  spalili m.in. ich dom przy ul. Krakowskiej i uszkodzili budynek fabryczki. Tam, w jednym z pomieszczeń warsztatowych (w „szlifierni”) zakwaterowała się rodzina po 2 tygodniach tułaczki.

Za staraniem ówczesnego z-cy burmistrza (zob.) Antoniego Żurawskiego przydzielono im mieszkanie jednopokojowe, na poddaszu w domu Edyty Wolskiej przy ul. Kieleckiej. Warunki mieszkaniowe były bardzo skromne, jak w całym Przedborzu po spaleniu miasta. Tam w 1940 r. przyszedł na świat syn Wojciech Maciej. Atmosfera  zamieszkania bardzo zła: na parterze mieszkali żołnierze niemieccy, na pierwszym piętrze był Sąd Grodzki, właścicielka też nie była zadowolona z sąsiedztwa pięcioosobowej rodziny z trójką małych dzieci. Żołnierze niemieccy chętnie zabawiali się przerażeniem dzieci, szczując je dorodnym owczarkiem. Z tej przyczyny doszło do awantury i rękoczynów ze strony Bolesława Michalskiego, który zwrócił uwagę oficerowi niemieckiemu. Ten jednak zbył jego uwagi. Doszło do bójki, w której Niemiec został pobity przez Michalskiego. Tego z kolei aresztowała żandarmeria. Wszyscy byli przekonani, że ojciec dzieci zostanie rozstrzelany lub zostanie  zesłany do obozu koncentracyjnego. Jednak nic takiego się nie stało: po kilkunastu godzinach aresztu i przesłuchań został on, na interwencję zarządców (niemieckich) fabryczki, w której pracował jako mistrz ślusarski, zwolniony. Nie wiadomo do końca, czym kierowali się żandarmi: czy tylko opinią, że jest niezastąpiony dla wojskowej produkcji co deklarowali zarządcy fabryczki, czy miały też wpływ okoliczności w jakich doszło do szarpaniny? W rodzinie zawsze dominowało przekonanie o niedostrzegalnym zadziałaniu tu Łaski Bożej. W efekcie, szczucie dzieci psem ustało.

W tej sytuacji, w 1940 r. Bolesław Michalski rozpoczął usilne staranie o budowę tymczasowego, ale własnego domu mieszkalnego. Dwuizbowy dom mieszkalny stanął na przełomie 1942/43 r. przy ul. Krakowskiej 39. Wykorzystano resztki  spalonego domu i materiały z zakupionej i rozebranej stodoły. Dom miał piwniczkę, do której wchodziło się zamaskowanym wejściem z kuchni. Tam oprócz ziemniaków i warzyw przechowywana była broń, którą Bolesław Michalski naprawiał dla partyzantów. Organizacja odbioru broni, żywności i odzieży dla oddziałów partyzanckich odbywała się w konspiracji wieczorami, w te dni kiedy gospodarz domu był w pracy. Jedną z głównych osób kontaktowych był przyjaciel Bolesława Michalskiego, sąsiad z ul. Kościelnej, rzeźbiarz-kamieniarz (zob.) Stefan Paruzel, żołnierz Armii Krajowej.

W 1945 r, po skończonej okupacji niemieckiej, Michalski przystąpił do uruchomienia fabryczki kozików. Produkował noże z ostrzem długości ok. 6-7 cm, składanym w czerwony, drewniany, toczony trzonek o całkowitej długości po rozłożeniu ok. 12 -13 cm – aktualnie nie zachował się żaden egzemplarz tego wyrobu. Wyrabiał też  scyzoryki tzw. „grawerki”, o trzonku metalowym tłoczonym w blasze.

Zatrudnienie w fabryczce znalazło na stałe ok. 10 osób: ślusarzy (Małolepszy, Cieślak Wiesław), szlifierzy (Stradel, Madejski, Wyciszkiewicz Józef, Wyciszkiewicz Antoni), polerowników (Wyciszkiewicze), prace wykończeniowe (Wanda   Sikorska–Kurczyńska,  Lucyna Jończyk–Wtorkowska, Cieślakowa).

14 IX 1947 r. rodzina powiększyła się o czwarte dziecko; urodził się Marek Jerzy.

Firma produkująca scyzoryki i koziki  funkcjonowała w coraz gorszej, dla tzw. „prywatnej inicjatywy” sytuacji społecznej. Władza ludowa zaliczyła jej właściciela do klasy kapitalistów i wyzyskiwaczy, co doprowadziło w kwietniu 1951 r. do  przejęcia całego wyposażenia fabryczki przez państwo, pod tzw. „przymusowy zarząd państwowy”. Maszyny, urządzenia, materiały do produkcji i półfabrykaty scyzoryków i kozików zostały zabrane i wywiezione do upaństwowionej fabryki Wójcickiego. Rodzina  utraciła nie tylko źródło utrzymania, z takim mozołem tworzone w okresie całego życia, ale również to, co było najbardziej bolesne i dokuczliwe dla rodziny – dotychczasowe „przyjaźnie”, szacunek i zwykłą ludzką przychylność znajomych i sąsiadów. Obłudne hasła ówczesnej władzy, głoszące tzw. „wspólność środków produkcji” spowodowały, że ludność miasteczka, w przeważającej liczbie, przyjęła nie tylko z ulgą, ale i pewnie z nadzieją na polepszenie swego losu zaistniałą sytuację. Nie brakowało takich, którzy z satysfakcją i szyderstwem komentowali w obecności członków rodziny „spełnienie sprawiedliwości dziejowej”. Ale byli również tacy, którzy gotowi byli zawsze przyjść z pomocą. W pamięci członków rodziny pozostaje wdzięczność dla takich członków bliższej i dalszej rodziny, jak Jan i Józefa Kularscy oraz Maria Kucharska. Oni nigdy nie odmówili pomocy. Z pewnością było ich więcej, a osoby nazywane w rodzinie Michalskich „Obywatelami Miasta” zawsze służyły dobrym, wspierającym słowem, odwiedzinami, rozmową – tak bardzo potrzebnymi, szczególnie żonie Bolesława w sytuacji, gdy mąż popadł w ciężką depresję. Był to najcięższy okres w życiu rodziny Bolesława Michalskiego.

Na przełomie 1957/58 r. w atmosferze „odwilży”, władza ludowa zwróciła zagarnięte, ale już wydatnie zniszczone lub wręcz zdewastowane wyposażenie fabryczki Michalskiego. Nadzieje rodziny na odmianę sytuacji materialnej były duże. Zmieniła się też znacząco atmosfera wokół rodziny Michalskich; znajomi i sąsiedzi chętnie nawiązywali kontakt z członkami rodziny, szykanowanie dzieci („kapitalisty i wyzyskiwacza”) w szkołach jakby straciło na sile. W pamięci dzieci do dziś pozostaje ulga, z jaką „zostało zdjęte odium” wykluczenia społecznego, z którym przyszło im wcześniej bawić się, uczyć i dorastać. Niestety, nadzieje na polepszenie losu rodziny nie w pełni sprawdziły się:

  • podczas demontażu prasy mimośrodowej (1957 r.), podlegającej zwrotowi, na terenie zakładu „Staldrzew” poważnemu wypadkowi uległ syn Antoni w wyniku którego doznał dotkliwego urazu stopy.
  • koszty ponownego uruchomienia produkcji scyzoryków i kozików okazały się zdecydowanie większe od prywatnych możliwości pożyczkowych. Zaciągnięty kredyt bankowy, wobec obaw poręczycieli co do przyszłych możliwości finansowych firmy i bezwzględności urzędników banku został cofnięty, a wydatkowane do tej pory środki musiały zastać bezzwłocznie zwrócone.
  • podatki i wymogi urzędów państwowych (ZUS, Inspekcja Pracy, itp.) z tytułu zatrudnienia dwóch pracowników (braci: Jana i Józefa Wyciszkiewiczów) dobitnie uświadomiły, że funkcjonowanie firmy na poprzednich zasadach jest zupełnie niemożliwe.

Ostatecznie warsztat funkcjonował dzięki pracy właściciela i jego syna Antoniego oraz doraźnej pomocy, we wszystkich pracach warsztatowych, pozostałych dwóch synów: Macieja i Marka, zięcia Alfreda Kaak (w czasie urlopowego pobytu) a także ciągłym wykonywaniu tzw. „prac wykończeniowych” przez żonę Eugenię.

W latach 70-tych i 80-tych dodatkowe (po pracy w „Staldrzewie”–KZPT) zatrudnienie znajdowali w warsztacie: Józef Wyciszkiewicz (szlifierz, polerownik-rencista), Edward Janas (szlifierz–KZPT), Józef Kowalczyk (polerownik–KZPT), Zdzisław Wilczyński (szlifierz–w KZPT kontroler jakości),  Marian Majchrzak (szlifierz–KZPT), Ryszard Ponomarczyk (ślusarz narzędziowy–KZPT) i inni, głównie ci, którzy wyrażali potrzebę pozyskania dodatkowych zarobków. Rozszerzono asortyment wyrobów o noże kuchenne i rzeźnicze. Szczególnie te ostatnie, o długości ostrza 5 cali, były wyrobem, który cieszył się dobrą opinią użytkowników i na który był duży popyt. Wprowadzono też do produkcji na specjalne zamówienia,  noże szewskie i rzeźnicze o długości ostrza 10 cali oraz scyzoryki w oprawie z blachy laminowej tworzywem.

W 1974 r. Bolesław Michalski przeszedł na emeryturę, przekazując prowadzenie warsztatu synowi Antoniemu. Dolegliwa boleśnie choroba, zapalenie nerwu trójdzielnego głowy od połowy l. 70-tych oraz postępujące osłabienie wzroku,  coraz bardziej ograniczały wykonywanie prac warsztatowych przez właściciela. Podjęte leczenie w Gliwicach przynosiło jednak oczekiwaną ulgę w gwałtownych nawrotach bardzo silnego bólu głowy. Ta sytuacja doprowadziła nieoczekiwanie do radykalnej zmiany życia Bolesłwa Michalskiego – stał się abstynentem alkoholowym. Rodzina przyjęła tę oczekiwaną z utęsknieniem zmianę jako Dar Boga i Jego odpowiedź na składane do Niego intencje w modlitwach żony i dzieci.

Bolesław Michalski zmarł  23 grudnia 1997 roku, w wieku 88 lat.

Był jednym z tych, których nazywano „Obywatelem Miasta”, a powinność wobec społeczeństwa, rodziny i bliskich rozumiał jako sumienne, nierzadko ponad miarę, wykonywanie obowiązków wynikających z pracy zawodowej: wykonać wyrób możliwie dobrej marki, z którego jakości i ceny zadowoleni będą użytkownicy. Posiadał rzadką umiejętność naprawy uszkodzonych części maszyn, polegającą na perfekcyjnie obranej, po wcześniejszej dokładnej ocenie uszkodzenia, technologii wykonania naprawy: od pierwszej do ostatniej operacji, jej wykonanie przebiegało postępująco bez żadnych, dodatkowych korekt wykonania naprawy. Nie zdarzało się, aby później, po wykonanej naprawie „coś nie pasowało, coś było „nie trafione”. Pomimo powierzchownej szorstości był człowiekiem czułym na niedolę innych: gdy byli w potrzebie nie pozostawał obojętny na ich los – pomagał rodzinie i osobom spoza rodziny na miarę swoich możliwości, a czasem i więcej…

Wspomnienia i materiały rodzinne.

Marek Michalski