najmrocki marianNAJMROCKI Marian (1916–2011) rzemieślnik, więzień niemieckich obozów koncentracyjnych

Urodził się 22 III 1916 r. w Brügen powiat Hannover w Niemczech. Syn Mariana (1886-1974) i Florentyny (1891-1945). Rodzice wyjechali do pracy do Niemiec przed wybuchem wojny światowej. Powrócili do Przedborza z Marianem liczącym sobie 4 lata, w 1920 r. Zamieszkali w domu na Winnicy, ul. Pocztowa 33. Ojciec utrzymywał rodzinę pracując jako furman. Matka hodowała świnki i prowadziła 3-morgowy ogród warzywny przy ul. Cegielnianej. Marian miał jeszcze 2 braci: Franciszka (1917-1987) i Romana (1919-1994) oraz 3 siostry: Natalię (1915-2005), zamężną Żurkowską (zob.: Żurkowski Szczepan), Annę (r. 1926) i Stanisławę (r. 1929).

Po ukończeniu Szkoły Powszechnej w wieku 14 lat poszedł do pracy w fabryce noży Czesława Brzechowskiego. W 1937 r. był członkiem komisji gospodarczej strajku, który trwał 9 tygodni z żądaniami płatnych urlopów i 20% podwyżki płac. Uzyskano po nim żądaną podwyżkę oraz 8-godzinny dzień pracy, ale Najmrocki musiał odbyć 3-miesięczne bezrobocie.

W marcu 1939 r. został powołany do odbycia służby wojskowej w 54. Pułku Strzelców Kresowych w Tarnopolu (12. DP). Po okresie unitarnym został ładowniczym 37 mm armaty przeciwpancernej wz. 36 Bofors w plutonie ppanc. 8. kompanii strzeleckiej. Walczył w kampanii wrześniowej m.in. pod Iłżą. Na Lubelszczyźnie, pod Janowem Lubelskim dostał się do niewoli niemieckiej. Ucieczka podczas wywózki do obozu jenieckiego, powiodła mu się dopiero w Częstochowie. Po powrocie do Przedborza zastał spalone przez Niemców miasto. Spłonął także jego dom rodzinny z całym dobytkiem i stajnia. Matka rozchorowała się. Utrzymanie rodziny spadło w dużej mierze na jego barki. Wspominał po latach, cytuję za Katarzyną Najmrocką:

No, pracy nie ma… fabryki stanęły, wszystko! No, ale jest ten konik, to się furmaniło trochę, zarabiałem na utrzymanie… Ale jest taka rzecz, nie ma pierzynki, nie ma kołdry, nie ma się czym przykryć. Nędza straszna! Niemcy wydali kartki na chleb, tam parę deko chleba… Co się dzieje, kiedy mój ojciec jeździł przed wojną z Żydami, furmanił, jeździł po targach z nimi, tak… To oni znali nas, przychodzili do nas i najmowali zawsze, to ja wziąłem się za takiego wozaka, bo ojciec był już starszy i furmaniłem z tymi Żydkami. No, jechałem do Włoszczowy, bo była nie spalona…

Pracował trochę przy łamaniu kamienia na Majowej Górze dla Niemców na budowę dróg. Najczęściej jednak furmanił dostawy żywności do getta. W 1941 r. wstąpił do Straży Pożarnej zmilitaryzowanej przez władze okupacyjne.

Został aresztowany przez Niemców jesienią 1942 r. [Wg (zob.) Józefa Kowalskiego aresztowanie nastąpiło 21 I 1943 r.]

To było tak, że jak wróciłem z wojny, to dostałem kartę, żebym jechał do Niemiec [na roboty – WZ], a ja się ukrywałem, nie chciałem. Oni wtedy zabierali wszystkich wojskowych do siebie, żeby nie stworzyć partyzantki, czy czego!

Był też przekonany, że Niemcy dotarli do informacji o nim jako organizatorze strajku. Wywieziono go początkowo do więzienia w Końskich, potem w Kielcach.

Tam było gorzej jak w obozie! Tak było robactwa, ze zgarnywaliśmy z czoła jeden drugiemu. To było ciężkie więzienie. Nazywaliśmy go „zamek”, ale w Kielcach rozstrzeliwali więźniów, mordowali, a jeść nie dawali… a chleb, kilogram, na szesnastu, osiemnastu, no to tera podziel tak! …ten bocheneczek był kilogramowy, przekroili na pół i tera wyciąć na ćwiartkę z tego i tera z tej ćwiartki taką ilość, takie malutkie kawałeczki!

(…) W czterdziestym trzecim roku, jedenastego lutego przywieźli nas do Birkenau [fila KL Auschwitz – WZ]. Skute drutem ręce do przodu, tak…(…) Ale w Birkenau tam właśnie były te krematoria, tam było wybudowane, jak ja byłem, cztery krematoria, to tam dziennie palili parę setek (…) Jak jechałem tam, to miałem dużą gorączkę, a wszy nas jadły tak, że zrzucaliśmy je garściami z siebie. W Birkenau rozebrali nas do naga i mieli nam zrobić kąpiel, ale wody zabrakło. Czułem, że to będzie trudno przeżyć, chociaż byłem młody, ale trudno, bo jak pędzili do roboty, to się nazywało na komando, to ci, co byli zwierzchnikami, kapo, każdy miał taki stel do kilofa, czy od łopaty…(…) nas wzięli do Oświęcimia, to nas wzięli na blok osiemnasty i tam spisali nas w ewidencję, gdzie się urodziłem ja, co, ile mam lat, matka, ojciec, nazwiska i imiona i gdzie będę pisał listy, do kogo, no ja mówię, że tylko do ojca i mamy (…)dzięki temu, że ja się urodziłem w Niemczech, to żyję! Bo kiedy mi szubienicę zrobili, nie powiesili mnie! (…)wszystko napisali, wytatuowali numer na ręce, a dlatego tatuowali na ręce, że więzień, jak odpadł, jak się wykończył, to żeby wiedzieli w ewidencji, ze taki i taki numer to był ten człowiek.

Marian Najmrocki w KL Auschwitz miał ogoloną głowę, nosił na sobie pasiaki, stał się dla Niemców więźniem-numerem 101355.

Pierwsze chwile to nie mogłem tego przeżyć, nie mogłem tego przeżyć, że ja się tu znajduję! Jak trudno było! (…) Położyłem chleb przed sobą, ktoś szedł, zabrał mi, byłem nieprzytomny… Co, że ja tu jestem?! Jak zajechaliśmy tam, było tyle więźniów, całe sterty zamrożone były, to na wiosnę kopali rowy i zasypywali ich w tych rowach. To my, jak przyjechaliśmy, myśleliśmy, że to są metry drzewa, sągi jak w lesie, a to byli ludzie! Potem mi odeszła tęsknota, to odeszło to wszystko… Postanowiłem sobie, że koniec! Trzeba odrzucić wolność, trzeba wszystko… trzeba myśleć o przeżyciu, tak. Kolega jakiś, jak doszedł i mówił, że tu się nie przeżyje, to ja mu mówiłem: – Odejdź! Ja z tobą rozmawiał nie będę! Musimy przeżyć!… Czekało się wtedy, żeby pójść na fajrant, że już koniec pracy.

W jego pamięci KL Auschwitz-Birkenau pozostał jako bardzo ciężki obóz, w którym panowały gorsze warunki, dlatego, że był filią Auschwitz.

Przewieziono go do innego obozu na terenie Niemiec, do KL Gusen. Otrzymał nowy numer obozowy: 12348. Był wytłoczony w blasze i przywiązany do nadgarstka.

Jak mnie zawieźli do Gusen, to mieliśmy kwarantannę od czternastego kwietnia. Byłem na piętnastym bloku i stamtąd napisałem list do domu, że żyję, że zdrowy jestem, bo tak trzeba było napisać. No i napisałem. W końcu przyszła pierwsza paczka do Gusen. Było nas tam kilku więźniów, co ze mną w Oświęcimiu byli, to dzieliliśmy się. Potem nas wywieźli do Eisenarz, to ja w Einsenarz dostałem trzy razy bicie na śmierć!

Einsenarz to nazwa podobozu KL Mauthausen. Tam Najmrocki otrzymał numer obozowy 31195.

(…) Kiedy oni uciekli, tych dwóch, co zabili tam…to nas tak mordowali, że wiesz co? Życie zbrzydło ci! Deszcz straszny pada, godzina jedenasta w nocy: ”Antreten!” Biorą cię Niemcy na plac apelowy. Masz ubranie w kostkę, to teraz za parę minut masz się stawić na placu apelowym! To ja raz tą kostkę i w kalesonach! Ubrałem się tam i stoję, a deszcz pada! Stoimy tam, a ilu dostało bicie, bo każdy się ubierał, a oni bili. No i Niemcy mówią:”Wegtreten!” Patrzysz, za półtorej godziny od nowa! No, to jest, wiesz co? Nie śpisz. Teraz pierwszy, drugi dzień po zabiciu tego górala to tylko ćwiczenia na placu apelowym! No, to straszne było.

W Einsenarz, jak zwieźli nas tam, to było koło pięciuset, to nas siedemdziesięciu sześciu, czy siedemdziesięciu siedmiu przeżyło(…) Stamtąd do Peggau, a tam robiliśmy te sztole, ale ja już byłem starym obozowo więźniem. Jak szedłem do roboty przy gruzie, to zawsze złamałem stel, bo jak brałem silnie i nacisnąłem, to one się łamały, to sobie chociaż odpocząłem w szopie, jak oprawiałem stel.

Mało jeść dawali, bili i jak długo będziesz żył! No i ciężka robota była w kamieniołomach, o matko! To my tam pracowali, litr brukwi był na obiad (…)Tego krowa by nie chciała wypić, a my jedli ze smakiem. Była do tego pajdka chleba na wieczór, Toś zjadł, żeby było na dwadzieścia cztery godziny. Brukiew i ta pajdka chleba.

Brutalne traktowanie ludzi oraz ciężkie warunki pracy w połączeniu z bardzo zaniżonymi racjami żywieniowymi, już z założenia eliminowały słabsze jednostki.

Dostał kolację na wieczór, patrzysz, on się robi muzułman [tak nazywano więźniów o złych rokowaniach na życie – WZ], zamiast jeść on se chce zapalić, pół chleba sprzedaje, a za pół chleba on dostaje jednego, dwa papierosy… No to ilu takich zginęło, ilu takich było bitych! Ja zawsze żywność zjadałem, byłem palaczem, ale kawałka chleba, czy zupy nie sprzedałem, żeby sobie zapalić. Zawsze byłem chętny do roboty, jak zawołał kapo, to szedłem. To był taki starszy facet w Oświęcimiu i mi powiedział, że ja to przeżyje, bo jestem chętny, a ja to robiłem, żeby pały na mnie nie szły. Ja nigdy nie myślałem, ze nie wyjdę!

Ja przeżyłem dzięki zdrowiu i byłem przyzwyczajony od dziecka do ciężkiej pracy. Ja byłem wypracowany od młodych lat, od dziecka.

Ja się nie bałem nikogo! Ja od młodych lat z nikim się nie biłem, ale też nikogo się nie bałem… My tutaj dużo przeżyliśmy, ale nigdy nie pozwoliłem, żeby mi ktoś dokuczał.

Wiosną 1945 r. wojska amerykańskie wyzwoliły KL Gusen. Marian Najmrocki opuścił obóz następnego dnia po wyzwoleniu. Znaczną część drogi do rodzinnego domu odbył pieszo. Powrócił z obozu do Przedborza 27 VI 1945 r.

Wkrótce wyjechał z narzeczoną Wandą Cybińską (1923-2005) na Ziemie Odzyskane, z którą ożenił się 12 V 1946 r. Jako były więzień otrzymał gospodarstwo rolne w Miastku (woj. Pomorskie). Wytrwał na niej niecałe dwa lata. Stan zdrowia zmusił go do porzucenie pracy w gospodarstwie. Po powrocie myślał o odbudowaniu rodzinnego domu na Winnicy, jednak zmienił zdanie i w 1951 r. zakupił dom przy ul. Pocztowej. Otworzył warsztat rzemieślniczy. Wytwarzał trepy i sandałki.

Nie było warunków dobrych do życia, ciężko my pracowali, a ja nie miałem pojazdu swojego, to o drugiej stawałem w nocy i zabierałem się z towarem do Końskich na targ, albo do Odrzywołu, albo do Nowego Miasta. To prosiłem wtedy, żeby się wyspać, bo na jedzenie to już było! Tak przeżyłem życie!

Miał synów: Wiesława (1947), Józefa (1950), Mariana (1953) i Gabriela (1955).

Należał początkowo do Związku Byłych Więźniów Obozów Koncentracyjnych a po połączeniu organizacji kombatanckich do Związku Bojowników o Wolność i Demokrację, koła w Przedborzu. Po zmianach ustrojowych wystąpił ze ZBOWiD i zapisał się do odtworzonego Związku Byłych Więźniów Obozów Koncentracyjnych, koła w Radomsku.

(…) nigdy nie czułem miłości do Niemiec, chociaż się tam urodziłem. Bandyty i jeszcze raz bandyty! Odszkodowanie to nam dali po takie parę groszę, że to aż wstyd. Nigdy nie wybaczę, papież powiedział, że trzeba wybaczyć, nie! Przebaczenie to jest coś za coś, jakby nam to jakoś wynagrodzili, ale tego się nie da, tego się nie da wynagrodzić!

Żaden nauczyciel, żaden profesor tego nie powie, bo tam nie był obozie!

Zmarł 24 VI 2011 r. w Przedborzu w wieku 95 lat. Spoczął w rodzinnym grobowcu na miejscowym cmentarzu.

Najmrocki Marian, Lista Przedborzan wywiezionych i zmarłych w niemieckich obozach koncentracyjnych, rkps; relacje M. Najmrockiego; fotografia i informacje syna Mariana Najmrockiego w zbiorach autora; Najmrocka K., Opowieść o wojnie, Z badań etnograficznych w małym miasteczku, Łódź 2005, praca magisterska, mnps, też: Jak rzeka podczas wojny podzieliła Przedbórz, Refleksje antropologiczne [w:] Miasta po obu brzegach rzeki – różne oblicza kultury, pod redakcja naukową A. Stawarza, Warszawa 2007; Kronika  Koła ZBoWiD w Przedborzu; Wilczur J. E., Sosny były świadkami, Ziemia konecka w latach okupacji 1939-1945, Warszawa 1982; Kacperski  B., Wroniszewski J. Z., Końskie i powiat konecki 1939-1945, Część V – Konspiracja konecka 1939-1945, Struktury terenowe: podobwody i placówki, Końskie 2007; Zawadzki W., Przedborski wrzesień, Obrona i zniszczenie miasta przez Niemców w 1939 r., Bydgoszcz 2004; tenże: Eroica, Zagłada Żydów przedborskich w latach 1939-1942, Bydgoszcz 2008.

Wojciech Zawadzki