Komentarz do artykułu Joanny Tokarskiej-Bakir „Terror w Przedborzu, noc z 27/28 maja 1945”; https://www.academia.edu/40117272/Terror_w_Przedborzu_noc_z_27_28_maja_1945

Mowa o morderstwie przedborskich Żydów w maju 1945 r. Od tamtego czasu temat gorący. Mówiło się o tym w kilku wersjach. Dopiero w 1972 r., za sprawą cyklu artykułów Zbigniewa Nosala w kieleckim „Słowie Ludu” wiele mówiący literacki pseudonim jednego z nich, „bagnisty” zaistniał w powszechnym obiegu. Wreszcie, po prawie 30 latach napisano o jego zbrodniach, w tym morderstwie Żydów i rabunku ich złota. Podobno powiadał o sobie, że dla niego „zabić człowieka, to jakby splunąć”. Mimo to, nie w Przedborzu, a w Piotrkowie dostał uprawnienia kombatanckie. Żył nieźle. Na postoju pracowało na niego kilka taksówek. Gdy leżał już chory, naczelnik miasta dłużej nie zwlekał. W szufladzie biurka długo już leżał Złoty Krzyż Zasługi dla „bagnistego”. Powinien wręczyć go na sesji Rady Miejskiej, ale obawy o reakcję mieszkańców wygrywały z obowiązkiem. Wręczył już leżącemu. Czy on dopiero wtedy, po takiej nobilitacji, przestał być bandytą? A może w 1946 r., gdy został tajnym współpracownikiem UB pod pseudonimem „Jurek” i uzyskał bezkarność? Na tej służbie wg IPN pozostawał do 1967 r.

Inny po wojnie był gminnym referentem UB. Mówił, że był u majora „Hubala”, a na pewno w oddziale AK „Lisa”-Franciszka Głowacza. Potem kombatant, nawet prezes koła. Kiedyś zdarzyło się w dzień targowy, że pewien niezbyt trzeźwy wozak spadł z furmanki i z zaczepioną nogą był wleczony po bruku. Widziało to wielu. Gdy tenże kombatant podbiegł do nieszczęśnika, ów wozak w panicznym strachu krzyczał „nie zabijaj!”.

Taki to był klimat miasteczka.

Przyczynki w sprawie wydarzenia z maja 1945 r. zamieściły Krystyna Kersten w 1992 r., mjr Stanisław Żochowski w 1983 i 1994 (opis wg „Żbika”) i Bożena Szaynok w 2006 r.   

Na promocji mojego „Przedborskiego września” w 2004 r. byłem namawiany, aby koniecznie podjąć ten temat. Powiedziałem wtedy, że tę sprawę musi zbadać ktoś obiektywny, ktoś z zewnątrz, osoba niezwiązana z Przedborzem. W 2008 r. w „Eroice”, książce o wojennej zagładzie przedborskich Żydów jedynie zasygnalizowałem ten dramat, pisząc: „Po wyzwoleniu pojawili się w Przedborzu przynajmniej dwaj spośród policjantów żydowskich z przedborskiego getta. Byli to wspomniani już Haim Aleksandrowicz zwany Włoszczowskim i Leizer Lizband (czy Liwerant?), oraz Leibel Schwartz z żoną, Bezalel Wyszyński i Lipmanowicz”. Niestety, nikt nie podjął tematu publicznie. Dwa lata później w „Imiennej Liście Ofiar m. Przedborza w II wojnie światowej”, zapisałem, że 8 lub 9 Żydów zostało wymordowanych 27 V 1945 r.,  przez bojówkę z oddziału NSZ kpt. „Żbika” – Władysława Kołacińskiego.

Taki stan wiedzy oficjalnej utrzymywał się do 2018 r., do artykułu Gazety Radomszczańskiej pt. „Nieświęci wyklęci”. Co prawda, autor w świetle dokumentów IPN bardziej skupił się na postaci kpt. „Żbika”, niż na „mordzie Żydów w Przedborzu”, lecz wykazał, iż był on jednym z kilku popełnionych na Żydach przez tegoż dowódcę. Rabunkowe tło tej akcji, przeciwstawił opowieści kpt. „Żbika”, jakoby chodziło jedynie o unicestwienie „trzech zasłużonych UB-owców, spośród 300 Żydów, którzy zamieszkali po wyzwoleniu w Przedborzu”. Reperkusją owego artykułu były dwie publiczne dyskusje zorganizowane przez środowisko narodowe z udziałem Leszka Żebrowskiego w Radomsku i Przedborzu. Ustalono, że coś było, ale nie wiadomo co. Wnioski były bowiem takie, iż to nie kpt. „Żbik” był rozkazodawcą, gdyż nie znaleziono rozkazu, a dokumenty UB sporządzane były pod presją.

Aktualnie (marzec 2020 r.) natrafiłem na artykuł Joanny Tokarskiej-Bakir poświęcony wspomnianym wydarzeniom pod znamiennym tytułem „Terror w Przedborzu, noc z 27/28 maja 1945”. Wg Wikipedii Autorka, to antropolog kultury, profesor nauk humanistycznych, nauczyciel akademicki Uniwersytetu Warszawskiego i pracownik Instytutu Slawistyki PAN oraz członkini Rady Naukowej ŻIH. Zajmuje się m.in. stosunkiem Polaków do Żydów oraz Zagładą Żydów. Cieszy zatem, że naukowiec z wysokim prestiżem zawodowym podjęła ten temat. Tak więc po 75 latach powstało pierwsze, naukowe opracowanie tematu. To dostateczna cezura czasu, aby próbować ukazać prawdę. Uwag ciśnie się sporo, ale to wiemy my, przedborzanie. Po konsultacjach z wieloma osobami, które zechciały podjąć dialog, postanowiłem wyrazić Autorce podziękowanie za podjęty trud zbadania sporej masy dokumentów i przedstawienie swojej oceny sytuacji oraz wskazać zauważone braki lub błędy.

Trochę tła

Żadna analiza wydarzeń powojennych nie może osiągnąć celu, bez uwzględnienia poprzedniego okresu. Przedstawiam je w lapidarnym zarysie.

Otóż Przedbórz do września 1939 r. zamieszkiwało 7800 mieszkańców z kilkuprocentową przewagą osób narodowości żydowskiej. W 1939 r. odbyły się wybory samorządowe, w których mimo ostrej walki, silne tutaj Stronnictwo Narodowe, jednak nie zdobyło przewagi. Blok Gospodarczy uzyskał 3 mandaty, Stronnictwo Narodowe aż 7, a Żydzi wszystkich kierunków 6 mandatów. Aby otrzymać prawo wyboru burmistrza niezbędnych było najmniej 9 głosów. W tej sytuacji burmistrzem ponownie został Konstanty Kozakiewicz. Niechętni nazywali go „komunistą”, choć on nigdy nim nie był. Wystarczyło, iż był ateistą i członkiem PPS. Kozakiewicz pozostawał burmistrzem przez okres wojny mimo, że w latach 1939-40 zarządcą Przedborza był komisarz Hugon Kunig, antysemita i hochsztapler. Kozakiewicz wyraził o nim znamienny pogląd: „Niemiec z krwi i kości i za Niemca się uważający. Żydzi pokonali Niemca przy pomocy Niemców”. Bardzo zasłużony dla Przedborza Konstanty Kozakiewicz sprawował funkcję burmistrza do września 1945 r.

Już 2 września 1939 r., o godz. 18-ej pojawili się tu żołnierze wroga. Pierwszy opór postawili policjanci, a niebawem do obrony miasta stanęli także bezbronni przecież mieszkańcy. Niemcy postąpili nadzwyczaj brutalnie. W dniach 2-6 września spalili około 230 nieruchomości, zamordowano co najmniej 32 Polaków i Żydów. Zgorzały sklepy, fabryczki, warsztaty pracy, dach nad głową z dorobkiem życia ponad połowy mieszkańców. Straty oceniono na 60% substancji miasta. Jeszcze dziś zdarza się posłyszeć kłamstwa gebbelsowskiej propagandy, że gdyby przedborzanie nie bronili miasta, to Niemcy by go nie spalili. Wobec tego, dlaczego zbombardowali bezbronny Wieluń czy pobliski Sulejów?

Mieszkańcy zostali pozostawieni sami sobie, bez jakiejkolwiek pomocy z zewnątrz. Miasto wyludniło się. Niemiecki komisarz miasta już w połowie marca 1940 r. utworzył getto dla 3100 osób narodowości żydowskiej „w 80% biednych, głodnych, bez odzieży, bielizny i obuwia oraz bez pościeli i bez zarobków”. Wokół postawiono tablice ostrzegawcze z zakazem opuszczania go Żydom i wstępu Polakom. Każdego dnia toczyli Żydzi niesamowitą walkę o przetrwanie z głodem i chorobami zakaźnymi, z przemocą i bestialstwem okupanta. W maju 1942 r., w getcie zamieszkiwało 4300 Żydów (wielu sprowadzono z innych miejscowości) w 120 domach o 500 izbach. Porównywalnie: w 458 budynkach zamieszkiwało 1010 mieszkańców Polaków i nieznana liczba Niemców. Kilka miesięcy później, 9 października Niemcy rozpoczęli akcję likwidacji getta. Tragizm żydowskiej ludności przedstawiłem szerzej w książce „Eroica”. Z relacji wielu osób odnotowałem m.in.: „Około godz. 9-ej kolumna wyruszyła z ul. Częstochowskiej w kierunku na Radomsko. Ogromna masa ludzi szła biernie, bez odruchu buntu czy oporu, jakby w poczuciu milczącej zgody na swój los. Tłum Polaków – przedborzan, przepełnionych bólem i ogromnym współczuciem, którzy z chęcią niesienia pomocy swym sąsiadom, odważyli się podejść do mostu – tam były już posterunki policji strzegące getta – stał w jakiejś beznadziejnej niemocy, wstrząsany zbiorowym płaczem i lękiem o własną przyszłość. Nagle pojawiła się wtedy nisko nad miastem ogromna, czarna i ciężka chmura, złowrogo wieszcząc katastrofę, która wydawało się, lada chwila ogranie i zniszczy wszystkich. Grozę chwili podkreślały, co raz kolejne wystrzały z karabinów, głosząc, że właśnie dobiegło końca czyjeś życie”. Drugą grupę deportowano 12 października. Niemcy wywieźli wszystkich do obozu zagłady w Treblince i tam wymordowali.

Marian Najmrocki (1916-2011) charakteryzujący się fenomenalną pamięcią do osób, terminów i zdarzeń wspominał, iż podczas wojny zarabiał na życie jako wozak, „furmanił dostawy żywności do getta”. Od dziecka znał wielu Żydów i doskonale wiedział, kto był kim. Zanim został aresztowany i osadzony w KL Auschwitz, znalazł się w grupie kilkunastu strażaków, którym Niemcy rozkazali uczestniczyć w kordonie wokół getta na czas likwidacji. Po deportacji mieszkańców, w getcie pozostała grupa około 20 policjantów żydowskich. Po skrupulatnej penetracji i rabunku getta, Niemcy wieźli ich samochodem w kierunku Końskich. Za Przyłankami policjanci obezwładnili strażników i zbiegli do lasu. Najmrocki wymienił kilka nazwisk uciekinierów: Aleksandrowicz, Litmanowicz i Lizband. Z innych relacji wiadomo, że jacyś przedborscy Żydzi ukrywali się podczas wojny w okolicy wsi Gepnerów, Żeleźnica, Oleszno. Być może byli to właśnie ci uciekinierzy. Są to tereny działania oddziału NSZ kpt. „Żbika”.

Podczas okupacji w ramach akcji „AB”, niemal wszyscy opiniotwórczy inteligenci z miasta zostali aresztowani, osadzeni i potracili życie w obozach koncentracyjnych. Wielu Polaków przymierało z głodu i braku dachu nad głową. Żyli lżej od Żydów o tyle, że mieli ograniczoną, ale jednak swobodę poruszania. Duża część mieszkańców uprawiała ziemię i pozyskiwała płody rolne. Na znaczną skalę rozwinął się nielegalny handel żywnością, wełną i czym kto miał.

W początkowych latach przedborska młodzież zajmowała się dywersją i sabotażem w ramach AK. Jednym z dowódców drużyn był Kazimierz Jezierski ps. „Siodło”. Autorka artykułu nazywa Jezierskiego „wojennym kolaborantem” na podstawie doniesienia tajnego współpracownika UB z 1953 r. To bardzo ciężki zarzut. Wiadomo o nim, że podczas okupacji rzeczywiście był więziony w Radomsku. Powód nieznany. Jednak oskarżenie go o współpracę z Niemcami jedynie na podstawie powojennego donosu jest, moim zdaniem, zbyt daleko idące. Pewne jest natomiast, że za napad rabunkowy w Bąkowej Górze został skazany przez AK na karę śmierci. Wyrok ten, mimo usiłowań, nie został wykonany. Skazany jakiś czas ukrywał się. Szczęście mu też dopisało, gdyż egzekutorzy zginęli w walce z Niemcami. Momentem przełomowym w dziejach AK w Przedborzu, stał się udział naszych dywersantów latem 1943 r., w rozbiciu więzienia w Radomsku. Po tej akcji dywersanci utworzyli oddział partyzancki. Niebawem kilku z nich, w tym wspomniani egzekutorzy, poległo w walkach z Niemcami. W październiku 1943 r., wskutek zdrady, kilkudziesięciu innych żołnierzy AK zostało aresztowanych. Z tej grupy wielu zostało rozstrzelanych albo zesłanych do obozów koncentracyjnych. W środowisku przedborskich konspiratorów te śmierci bliskich kolegów, zostały odebrane jako poważna przestroga. W tym samym czasie, w lasach pomiędzy Włoszczową a Przedborzem podjął działalność oddział NSZ por. „Żbika” – Władysława Kołacińskiego. On sam dość często odbywał różne spotkania w domach prywatnych i gospodach w Przedborzu. Zapoznał wielu ludzi. Wśród młodzieży skupionej głównie w straży ogniowej (co chroniło przed wywózką na roboty przymusowe) poczęły dominować wpływy tej formacji. Z jednej strony ta konspiracja zaspokajała potrzebę przynależności, z drugiej była ona dość bezpieczna. Strażakiem był także Kazimierz Jezierski. Na czele miejscowych struktur NSZ stał sierż. „Tadeusz” – Jan Bańcerek, właściciel sklepu żelaznego w Rynku. Te kontakty zaowocowały skierowaniem do oddziału m.in. ukrywającego się w pobliskich wioskach przedborskiego lekarza, dra Judę Kamińskiego.

Po wyzwoleniu, sowiecki komendant miasta polecił strażakom pełnienie służby policyjnej. I tak właśnie strażacy-ochotnicy zakładając biało-czerwone opaski stali się załogą Posterunku Milicji Obywatelskiej. Ci sami strażacy równolegle przynależeli do AK-owskiego oddziału WSOP, czyli służby ochronnej na czas akcji „Burza”. Zadanie zlecone przez Sowietów stało więc w zgodzie z obowiązkiem patriotycznym i rozkazami Państwa Podziemnego. Jezierski krótko, ale także był milicjantem. Przed wojną poglądy komunistyczne w Przedborzu prezentowała jedynie niewielka grupa Żydów. Podczas okupacji komuniści nie mieli tu żadnych wpływów. Dopiero miesiąc po wyzwoleniu ujawnili się pierwsi zwolennicy nowej władzy. Po kilku dalszych miesiącach, gdy władze już nieco okrzepły, AK-owców wyrugowano i zastąpiono ich „swoimi” milicjantami, a w kamienicy Brzechowskiego zainstalowało się sowieckie NKWD.

To fakty, za którymi kryją się ogromne zmiany aksjologiczne wojennego społeczeństwa. Wojna zdemoralizowała znaczną część ludzkości. Niemcy chętnie godzili bezwzględny terror i okrucieństwo z korupcją i przekupstwem. Wyzwoliciele Rosjanie, nie rzadko niczym nie różnili się od okupantów. W systemach wartości drastycznie spadło ludzkie życie, a zyskały deficyty bezpieczeństwa, żywności i odzieży. Złoto stało się formą zasobności i celem asekuracji. Za przyczyną nowego ustroju, który był obcy znacznej części społeczeństwa, w lesie pozostawały wojenne albo nowo powstałe oddziały partyzanckie. Rozwinął się bandytyzm na niespotykaną dotąd skalę. Rodzimi komuniści, w obiegowej opinii motywowani przez Żydów, z powodów politycznych zaciekle tępili „sanacyjnych” żołnierzy AK, a szczególnie „faszystowskich” żołnierzy NSZ. Takie to było tło tragicznych wydarzeń w Przedborzu.   

Na kanwie artykułu „Terror w Przedborzu, noc z 27/28 maja 1945”

Ustosunkowując się do wspomnianego artykułu muszę zgłosić przynajmniej kilka uwag.

Termin. Już w tytule artykułu podano błędną datę. Przedstawione wydarzenia miały miejsce z soboty na niedzielę. Co do tego jest zgoda zarówno wśród przedborzan, jak i w cytowanych zeznaniach, gdzie mówi się o niedzieli. A zatem prawdziwy termin, to sobota – 26 maja i niedziela – 27 maja.

Tytuł artykułu. Jest o tyle zaskakujący, że w tekście wydarzenia te Autorka kilkakrotnie nazywa „pogromem”, zaś na koniec stwierdza, że był to przejaw „terroru”. Pewnie pogrom może być owocem terroru, albo terror inicjować pogrom. To jednak nie synonimy i różne zakresy pojęciowe. Terror, to wysoce zorganizowana forma gwałtu, przemocy itp. Zdaniem Autorki trwał tylko jedną noc z 27/28 maja 1945 r. Jest to zdumiewające twierdzenie, skoro ta sama Autorka w artykule na s. 14 przyp. 77 opisuje jeszcze jeden mord popełniony w 1945 r., na kilku Polakach z Przedborza, przypisywany także Kazimierzowi Jezierskiemu (pomijam tu szczegóły). Również w niewyjaśnionych okolicznościach zginęła wymieniona w artykule [Stanisława] Wójcicka związana z owym oddziałem NSZ kpt. „Żbika”. Ponadto nadal trwały rozliczenia np. okupacyjnej przeszłości kolaborantów. A ileż jeszcze zaistniało w owym czasie napadów rabunkowych z bronią w ręku, nigdy i nigdzie niezgłoszonych? Wiedza na ten temat przekazywana jest w rodzinach, niejednokrotnie ze wskazaniem sprawców. Nie ma sensu powtarzać pogłosek i plotek, skoro brak jakichkolwiek dokumentów. Czy te napady i morderstwa były „zorganizowane”, tzn. kierowane przez ukryte albo jawne siły kierownicze? Takie pytanie budzi zdecydowane zaprzeczenie. Skoro więc Autorka wskazała jedynie jeden, wybrany intencjonalnie przypadek przemocy, nie może być mowy o „terrorze” tylko w tę jedną noc.

Wersja kpt. Żbika”. W swojej książce kpt. „Żbik” stwierdził, iż ferowany wobec niego zarzut przeprowadzenia „pogromu Żydów w Przedborzu” jest ”pospolitym kłamstwem i oszczerstwem”. Autorka rozprawiając się z podaną przez kpt. „Żbika” liczbą „300” Żydów w Przedborzu zdecydowanie odrzuciła jego wersję wydarzeń. Ten fragment artykułu oczywiście nie budzi zastrzeżeń. Tytułem uzupełnienia, moim zdaniem, w Przedborzu w pierwszych powojennych miesiącach było nie więcej, jak 13-15 osób pochodzenia żydowskiego. Z pewnością była to liczba płynna i zapewne malejąca. Skoro więc Autorka zanegowała wersję kpt. „Żbika” w całości, a także nie wykazała przesłanek etnicznych, zatem nie można sklasyfikować owych wydarzeń jako „pogromu”.

Cytując fragment książki kpt. Żbika”, Autorka pominęła istotny fragment, iż jego podwładni byli jedynie wykonawcami wyroków sądowych. Oto ów fragment: „Zgodnie z orzeczeniem Sądu Podziemnego (…) Zostały rozstrzelane jednostki zbrodnicze, za prześladowanie i maltretowanie społeczeństwa polskiego, za tropienie byłych konspiratorów, za znęcanie się w czasie śledztwa i w więzieniach głównie nad żołnierzami Podziemia”. Żeby zmierzyć się z tymi stwierdzeniami, należy przede wszystkim powtórzyć opinię przedborzan, iż w mieście jest to problem nieznany. Nikt nie zna, ani nie powiela opinii, jakoby ktoś z Żydów – ofiar owej zbrodni, działał na niekorzyść narodu polskiego. Ponadto, żaden z wymienionych wyżej byłych policjantów żydowskich nie figuruje w internetowym inwentarzu IPN, jako np. funkcjonariusz UB. Zatem także wersja o wykonaniu wyroków jest pozbawiona podstaw, nieprawdziwa.   

Jedyna ocena tej zbrodni, powszechna wśród mieszkańców Przedborza, jest od lat ta sama: to był mord rabunkowy, a nie polityczny. Jej potwierdzenie ukazała zresztą także Autorka w cytatach zeznań sprawców.

I tu smutna konstatacja. W „Liście pożegnalnym” opublikowanym w roczniku Związku Żołnierzy NSZ „Szczerbiec” 1996 r., Władysław Kołaciński („Żbik”) napisał m.in.: „Wszystko to co mówiłem i pisałem, jest bezwzględną prawdą. Stwierdzam to w obliczu Boga”. 

Ofiary mordu. W zbiorach ŻIH w Warszawie dostępna jest imienna lista Żydów zarejestrowanych w 1945 r. w powiecie koneckim. Figuruje na niej ogółem 41 osób. Z adresem w Przedborzu wymieniony jest tylko dr Juda Kamiński. Ponadto w tymże wykazie figurują nazwiska 3 osób, które nas szczególnie interesują, gdy w omawianym artykule wymieniono je jako ofiary zbrodni. Są to: Chaim Aleksandrowicz, Alter Litmanowicz i Lejzor Lizband. Dziwne, ale nie podano tam ich adresów zamieszkania.

Leżą przede mną fotografie kilku osób wykonane w Przedborzu, w tle widnieje sylwetka podziurawionej wieży kościelnej w toku walk Armii Czerwonej z Niemcami o miasto w styczniu 1945 r. Ubiory osób jeszcze zimowe. Na jednej fotografii widać już drobne liście na drzewach. Fotografie mogły więc powstać wczesną wiosną 1945 r. Prócz towarzyskich, są też takie, które mogły uchodzić za przeznaczone do sporządzenia dokumentów osobistych. Autorem ich był przedborski fotograf Ryszard Duński (1923-2018). On też podał mi nazwiska portretowanych, to: „Alter Litmanowicz zwany „Włoszczowskim”, Chaim Aleksandrowicz oraz Liwerant”. Na wspomnianym wykazie nie ma „Liweranta” a jest Lejzor Lizband i on też został wymieniony wśród ofiar. Zatem „Liwerant” to pomyłka. Mamy więc artefakty o sile dokumentów. Oni faktycznie byli wówczas w Przedborzu. O Lizbandzie wiemy, że po utworzeniu getta został członkiem Rady Starszych.   

Chaim Aleksandrowicz.
Fot. Ryszard Duński, 1945 r.
W zbiorach Wojciecha Zawadzkiego
Alter Litmanowicz.
Fot. Ryszard Duński, 1945 r.
W zbiorach Wojciecha Zawadzkiego
Lejzor Lizband.
Fot. Ryszard Duński, 1945 r.
W zbiorach Wojciecha Zawadzkiego

W Biuletynie Żydowskiej Agencji Prasowej nr 40/50 z 25 czerwca 1945 r. odnotowano: „W Przedborzu (pow. Koński) uprowadzono wszystkich mieszkańców żydowskich (9 osób), których za wyjątkiem jednego, któremu udało się uciec – w bestialski sposób zamordowano w pobliskim lesie”. W kilku jeszcze innych przypadkach mordów wymienia się sprawców: „bandy NSZ”. W kolejnym Biuletynie nr 52/62 z 28 lipca 1945 r., zamieszczono przemówienie posła do KRN Szmula Sommersteina wygłoszone w dniu 22 lipca 1945 r. Czytamy tam: „Wracają ofiary z obozów hitlerowskich z Oświęcimia, dzień czy dwa szukają swoich rodzin i giną. Tak było w Przedborzu. Czy to może jacyś spekulanci? Nie. Zginął krawiec, szofer, krawcowa, druga krawcowa, zginęło dziecko urodzone 2 czerwca 1939 r. krótko przed wojną. Te rzeczy się powtarzają.”     

Brak nazwisk, ale wymienione zawody dają się przypisać do osób wymienionych w artykule na s. 10. Zatem to wiarygodne źródła. Wiemy jeszcze, że wszyscy zamieszkali razem w Rynku w kamienicy Wyszyńskiego.  Tyle więc wiemy na pewno.

Przedbórz, Rynek, ok. 1944 r. Z lewej kamienica Wyszyńskiego.
Fot. w zbiorach Wojciecha Zawadzkiego

Wydarzenia. W zasadzie przebieg owej nocy Autorka oddała wiarygodnie. Można go jedynie uzupełnić o kilka szczegółów, z których najważniejszy jest fakt, iż napastnicy przybyli na jednej furmance, a już w mieście zmusili bronią 3 właścicieli do podstawienia podwód na Rynek. Zabierając za miastem podwody ze zrabowanym mieniem, zwolnili właścicieli. Dopiero miesiąc później podwody te wróciły do Przedborza z udziałem furmanów z Miechowskiego. „Wszystko było jak trzeba, nawet baty się zgadzały.”  

Zaraz za miastem na ul. Kieleckiej, obok figurki Św. Barbary zginął podczas ucieczki Alter Litmanowicz. Po 3 dniach został pochowany na cmentarzu żydowskim. Być może to na jego zwłoki natrafiono w lipcu 2015 r., podczas wykopu pod ogrodzenie cmentarza.  

Sprawcy. W tym zakresie jest przynajmniej kilka problemów do rozwiązania.

– Czy za przedborski mord Żydów ponosi odpowiedzialność oddział NSZ kpt. „Żbika”, czy też obciąża on jedynie imiennych wykonawców? On sam powiada, że wykonawcą był podległy mu (pod)oddział por. Groma”. NSZ to wojsko. Wykonawcą to znaczy, że rozkaz wydał mu ktoś inny. Słabe więc to tłumaczenie. Kpt. „Żbik” odnotował, iż „(…)poważnym minusem, który przysparzał ciągłych kłopotów i potęgował trudności w dowodzeniu oddziałem w tamtych czasach (podkreślenie WZ), to obniżenie morale, subordynacji i obowiązkowości żołnierza”. To prawda, morale było kiepskie także już wcześniej, jeśli w szeregach tego oddziału NSZ-u znaleźli się rabusie i bandyci. Bo jeśli nawet on sam był nieobecny, to wnoszę na podstawie wiedzy z jego książki, że bez zgody dowódcy o typie autokraty, nic w oddziale nie miało prawa się wydarzyć. Jeśli rzeczywiście był wówczas w oddziale nieobecny – choć uważam to za blagę – akceptował podobne realizacje. Poza tym, w wojsku zawsze przełożeni ponoszą odpowiedzialność za działania podwładnych. Po prostu, nie może być inaczej.

– Czy bezpośredni sprawcy są znani? Z artykułu wynika, że tak. Wydaje się, że jednak pełna lista imienna sprawców nie została ujawniona. Wszak w akcji uczestniczyło około 10 żołnierzy NSZ. Dowiadujemy się, że tylko jeden spoza tej grupy, poniósł odpowiedzialność karną.


– Jeśli sprawcy byli znani z imienia i nazwiska a nie zostali ukarani, to kto za to ponosi odpowiedzialność? I tu dochodzimy do sedna sprawy. Otóż Autorka ciekawie udokumentowała kilka śledztw wobec Kazimierza Jezierskiego, z których żadne nie zakończyło się wyrokiem skazującym. Dlaczego? Był potrzebny władzy. Konfident. Wszystkie jego przewiny były niczym wobec zasług. Wśród informatorów UB znajdujemy jeszcze inne nazwiska spośród wymienionych. Dowodzi to działań wręcz systemowych.  

Teoria przemocy zbiorowej. Wysunęła ją Autorka w końcowej analizie wydarzenia.  Zastanówmy się nad tą wersją.

W artykule znalazła się następująca konstatacja Autorki: „Psychologicznym skutkiem ataku oddziału „Żbika” była panika, jak przy czystce etnicznej a w jej konsekwencji – definitywne opuszczenie miasteczka przez Żydów”. Zapewne w ogólnym kontekście można przyjąć twierdzenie, że przed wojną biedna polska ludność Przedborza nie kochała Żydów. Wszak ci jednocząc siły, zwalczali próby polskiej konkurencji ekonomicznej. Zamknięcie w getcie i następnie eksterminacja Żydów oraz działalność okupanta, który mieniem pożydowskim kupczył, postawiła Polaków w nowej sytuacji bytowej. Stali się właścicielami albo użytkownikami ocalałych z pożogi pożydowskich placów, domów i sklepów. To oczywiste, że po wojnie broniąc swego nowego stanu posiadania, z pewnością nie pałali miłością do Żydów. Jednak ani Autorka nie wykazała, ani też nie zaistniały w zbiorowej świadomości powojennego Przedborza żadne inne, poza wspomnianym mordem, fakty przemocy wobec Żydów. Wprawdzie przemoc zbiorowa nie musi ograniczyć się do aktów fizycznych, może także wyrażać się w postaci werbalnej, psychicznej itp. Jednak, czyżby Żydzi w okresie przedwojennym nie stosowali takiej wobec Polaków np. w ramach konkurencji ekonomicznej? Nie należy więc przeceniać jej siły. Mało tego, są jednostkowe dowody na życzliwą korespondencję przedborskich Żydów z Izraela z Polakami w Przedborzu.   

Z kolei wykluczające twierdzenie, że „dr Kamiński swoje żydostwo wymazał sam” jest nie tylko nieprawdziwe, wszak zdecydowana większość polskich Żydów po wojnie przyjęła polskie imiona i nazwiska, ale nadto krzywdzące i obraźliwe dla pamięci Doktora. Pomijam działalność dra Kamińskiego na rzecz mieszkańców getta. Czytelnik wyrobi sobie o niej pogląd po lekturze mojej książki „Eroica”. To, że bezpiecznie uciekł z getta zawdzięczał Polakowi burmistrzowi Konstantemu Kozakiewiczowi, że poślubił Polkę, której rodzina podczas wojny ukrywała go kilka miesięcy i wreszcie to, że kilka miesięcy służył w polskiej, narodowej partyzantce i tam stracił rękę; przecież mimo to, wzorem wielu, mógł po wojnie wyjechać do Izraela. A jednak tak nie zrobił, pozostał do końca życia jedynym Żydem i konwertytą w Przedborzu. I tak tu o nim mówiono: doktor Żyd. Z szacunkiem. Na wsiach, gdzie ukrywał się po ucieczce z getta, do dziś mówią o nim wyłącznie dobrze.      

Ocena owych wydarzeń w społeczeństwie przedborskim jest od lat niezmienna. Był to mord rabunkowy. NSZ zakładało sobie realizację celów politycznych, jak po wyzwoleniu zwalczanie komunistów i ich funkcjonariuszy, to jednak cel akcji w Przedborzu okazał się wyłącznie rabunkowy. Za tym przemawia także wymuszenie podstawienia 3 podwód pod zrabowane mienie. To, że ofiarami zostali Żydzi, było jedynie konsekwencją grabieży.

Uwagi i zauważone błędy.

Stwierdzenie z s. 1, o mordzie Żydów w Przedborzu w kontekście czystki etnicznej, nie znajduje żadnego potwierdzenia i jest nie do obrony.

Autorka określiła rodzaj artykułu, jako studium historyczne. Otóż poważne potraktowanie kilku wywiadów zebranych przez studentów w 2010 r., jako „źródeł wywołanych” wprawiło wielu czytelników [wiem, co mówię] w zdumienie. Ani studenci nie byli przygotowani merytorycznie do ich zebrania, ani też wyrażone zdania nie sięgają rangi dowodów. Nikt z przepytywanych osób nie był uczestnikiem albo świadkiem mordu. Niektóre z wypowiedzi są na żenującym poziomie, z historią ogólną i miejscową nie mające nic wspólnego. Ich poglądy wyrażone 65 lat po zdarzeniu są obciążone późniejszymi przeżyciami, drogą życiową, wykształceniem, wiedzą i szeregiem innych doznań. Dlatego stanowić mogą jedynie subiektywne opinie o charakterze pomocniczym, ale nigdy nie mogą posłużyć za źródła wiedzy.

Podobnie rzecz ma się z doborem i bezkrytycznym traktowaniem zeznań, meldunków milicyjnych i donosów, jako „źródeł pierwotnych, czyli zastanych”. Wiele z nich powstawało w sytuacjach przymuszonych torturami, groźbą utraty życia, albo wyroku skazującego, ale też złości lub nienawiści wobec kogoś innego, czy niskiego poziomu intelektualnego autora (np. doszukiwanie się koligacji Andrzeja Gawrońskiego z Jezierskim stanowi o niekompetencji konfidenta, to akurat zupełnie różne rodziny). Mam wrażenie, że chęć udokumentowania założonej tezy wzięła górę u Autorki nad krytyką źródeł. Ostry sprzeciw czytelników budzą cytaty z tych dokumentów, które nie wnosząc istotnej wiedzy do tematu, pachną plotką, skandalem, by nie powiedzieć pomówieniem współczesnych.

Nadinterpretacja to kolejny ból Autorki. Trafnie rozszyfrowała zapis „KJ” w biogramie Kazimierza Trepczyńskiego w Przedborskim Słowniku Biograficznym, iż to Kazimierz Jezierski. Jednak nigdzie tam nie ma mowy, jakoby „KJ” wstąpił do KWP. Otóż jesienią 1945 r., UB począł silnie ścigać członków NSZ, jako politycznych wrogów nowego ustroju. Na tym tle na początku r. 1946 został aresztowany Kazimierz Jezierski przez PUBP w Opocznie. Ratując swoją skórę najpierw wydał organizację KWP w Przedborzu, potem został już tajnym współpracownikiem UB o ps. „Jurek”. Nb. Autorka poświęciła mu aż dwa przypisy personalne 25 i 41, po co?

Inne, to:

– wnuczka (?) Eugeniusza Bendery – nigdy taka w Przedborzu nie mieszkała.

– Jan Symonides nie mieszkał przy ul. Pocztowej a przy ul. Kieleckiej.

– jest: Rudnik pow. Oleszno, winno być: Rudnik gm. Oleszno.

– Jest: Radosławice pow. Końskie – nie  ma takiej miejscowości

– jest: Paszewski, winno być: (Roman) Parszewski

– Kularski Jan zmarł w 1953, a nie w 1954       

Ponadto cytowane powiedzenie o Przedborzu „miasto przeklęte” jest, moim zdaniem, bzdurne. Autorka powtarza plotkę na zasadzie: powielana po wielokroć staje się prawdą? To niepoważne.   

I wreszcie: „złoto jest w Przedborzu stale kojarzone z Żydami”. Bo to prawda. Dość powszechnie mówi się o kilku osobach, które przy okazji prac remontowych natrafiły na ukryte złote skarby. Podobnie, jak mówi się o kasie powstańczej z 1863 r. ukrytej w pobliżu miasta i carskim złocie z I wojny albo rycerzach śpiących pod Giewontem. Czy to jest zarzut?   

Wojciech Zawadzki