PRZEDBOR legendarny syn króla Kazimierza Wielkiego

Król (zob.) Kazimierz zwany Wielkim, najmłodszy syn Władysława I Łokietka był ostatnim władcą z rodu Piastów i nie zanosiło się, aby któraś z czterech kolejnych żon powiła mu syna, następcę na królewskim tronie.

Przedborskie legendy jednak opisują dokładnie dzieje życia królewskiego syna z nieprawego łoża. Piękna kochanka (zob.) Esterka na przedborskim zamku powiła Kazimierzowi syna. Imię Przedbor, od miejsca urodzin, nadał mu ojciec. Król Kazimierz, sam wielki budowniczy i władca rozmiłowany w łowiectwie, nadzwyczaj cenił puszczańskie położenie Przedborza i obfitość zwierzyny w okolicy, stąd wybór imienia dla królewskiego syna był nieprzypadkowy. Dla upamiętnienia jego urodzin zapisano to imię w kalendarzach po wsze czasy pod datą 27 września.

Przedbor wychowywał się pod okiem matki na przedborskim zamku. Tutaj wprawiał się w wojenne rzemiosło i gonił za zwierzyną po puszczy. Urodę odziedziczył po matce, a siłę i zdolności po ojcu. Kochały się w nim wszystkie przedborzanki. Gdy dorósł, możny ojciec pasował go na rycerza i wysłał w świat. Kilka lat spędził na dworach książąt i królów. Gdy wrócił do Przedborza, król oddał mu zamek i okoliczne rozległe włości oraz polecił znaleźć sobie odpowiednią dziewczynę na żonę. Miała być urodziwa o niebieskich oczach i jasnych jak len włosach, zgrabnej kibici, powabna w tańcu i z pięknym głosem. To ojciec miał też zaakceptować wybór syna.

Posłuszny syn długo nie mógł sprostać wymaganiom ojca. Wśród przedborzanek było dużo pięknych dziewcząt, ale te nie podobały się matce. Okoliczni rycerze zapraszali go na łowy i biesiady, a przy okazji przedstawiali swe córy, lecz one nie znajdowały uznania w oczach Przedbora. Lata mijały. Po śmierci matki Przedbor samotnie mieszkał na przedborskim zamku.

Kiedyś wiosną, gdy tylko Pilicą spłynęły lody, Przedbor wyruszył przed wieczorem na bobry. Gdy składał się do strzału z kuszy, nagle posłyszał świst strzały wypuszczonej z nieodległych świerczyn. Trafione celnie zwierzę padło bez ruchu na brzegu rzeki.

Zaskoczony, ale i zły, że ktoś odebrał mu zamierzoną zdobycz, Przedbor czekał na ujawnienie się strzelca. Po chwili z klęczek podniosła się jakaś postać i zmierzała po swe trofeum. Przedbor wyszedł także z ukrycia. Ze zdumieniem ujrzał w strzelcu postać gibkiej kobiety i zwój jasnych włosów okrytych czepkiem.

Hej, hej myśliwcze, ktoś ty? – zapytał Przedbor.

Zaskoczona niespodziewanym spotkaniem dziewczyna, zastygła w pół ruchu.

Czyżby to był Przedbor? – postawny, piękny i bogaty dziedzic przedborskiego zamku, słynny w okolicy kawaler, którego za zięcia chętnie widziałoby wielu, tylko nie jej ojciec, rycerz Gniewko Bąk z Góry. Wiedziała o nim sporo, lecz nigdy wcześniej się nie spotkali. A teren na którym upolowała bobra należał do królewszczyzny, więc Przedbor miał tu prawo polować, ale nie ona. Zapędziła się za zwierzęciem na drugi brzeg Pilicy, choć żeremie było po jej stronie rzeki.

A kto pyta? – zagrała na czas, myśląc intensywnie jak wybrnąć z kłopotliwej sytuacji.

Spotkali się obok leżącego wielkiego, metrowego bobra. Przedbor, który w półmroku dojrzał i docenił urodę dziewczyny już wiedział, że złościć się nie będzie, ale prawo łowów pewnie zostało naruszone i musi je wyegzekwować.

Jam jest Przedbor z Przedborza, więc kim jesteś, że łowisz na mojej ziemi? – powtórzył.

Jestem Hanka z Góry, córka Gniewka, a bóbr jest mój z naszego – wskazała na przeciwny brzeg Pilicy – żeremia, więc mój – broniła się z uporem.

Oboje wiedzieli, że starodawne prawo łowieckie zezwala polować tylko na swojej ziemi. Przedbor znał złą sławę Gniewka Bąka, którego nazywano rabusiem, ale i znał wartość bobra. Wszak polowano na nie dla pięknego i drogiego futra, a także mięsa i cennego leku ze stroju bobrowego. Nie zamierzał z niczego rezygnować, ale postanowił trochę, ale tylko trochę zażartować z dziewczyny:

– Skoro Hanko wbrew prawu polujesz na nie swojej ziemi, to bóbr, ty i wszystko co masz ze sobą, jako narzędzia przestępstwa należą odtąd do mnie.

Hance spodobał się Przedbor od pierwszego wejrzenia, może nawet i chętnie zgodziłaby się na jego warunki, lecz przeważyła obawa o reakcję ojca.

Przedborze – odrzekła – nie możesz ode mnie żądać wszystkiego, bo łódź i łuk są mego ojca, a on jak wiesz nikomu nie daruje swego.

Rzeczywiście – przytaknął Przedbor – ojca masz groźnego, ale ja się nie boję skoro prosisz, dla ciebie mogę odpuścić łuk i łódkę, nawet bobra, a o ciebie będę walczył choćby z całym światem!

I tak się zaczęła największa w życiu miłość Przedbora. Hanka z upolowanym bobrem wróciła do Góry, a rozkochany Przedbor na zamek. Matce nie mógł zwierzyć się ze swego szczęścia, bo już nie żyła, a ojca nie było w Przedborzu.

Spotykali się z Hanką ukradkiem, pod pozorem polowania. Rozkochani w sobie nawet nie widzieli, że Gniewko Bąk zaniepokojony brakiem sukcesów myśliwskich córki wpierw posyłał za nią szpiegów, aż wreszcie sam ich kiedyś zaskoczył na polance w puszczy. Wtedy zabronił Hance spotykać się z Przedborem wiedząc, że król i tak nie wyrazi zgody na ich małżeństwo.

Gdy Gniewko kolejny raz odkrył, że Hanka w tajemnicy spotyka się z Przedborem, uwięził ją na wieży swego zameczku. Odtąd wolno jej było chodzić i to pod strażą, tylko do pobliskiego kościoła.

Zrozpaczony Przedbor długo szukał skutecznego sposobem dotarcia do ukochanej. Przekupiony sługa zginął bez śladu. Myśli jego wiodły do kościoła na Bąkowej Górze, bo tylko tam mógł zobaczyć ukochaną. Pleban odmówił pomocy z obawy o zemstę okrutnego Bąka. Siłą najechać Bąka i porwać ukochaną nie mógł bez narażania się swemu ojcu. Przedbor zdawał sobie sprawę, że nie może liczyć na niczyją pomoc. Szkopuł był jednak w skrytym dotarciu na Bąkową Górę. Pozostawało w tajemny sposób dostać się gdzieś na górę, usunąć straże, porwać Hankę i w ten sam sposób zbiec pogoni. Taką szansę dawał tylko tunel z przedborskiego zamku na Bąkową Górę. Musiałby przejść pod dnem Pilicy długi, w linii prostej 5,5 kilometra.

Gdy tylko Przedbor to wymyślił, niezwłocznie przystąpił do pracy. Zatrudnił najlepszych górników, sam także kopał dniami i nocami bez wytchnienia.

W tym czasie Przedbor tylko raz oderwał się od pracy na wiadomość, że król Kazimierz wybiera się do Puszczy Przedborskiej na polowanie. Loch trzeba było na zamku zamaskować, a ojca-króla godnie przyjąć.

Polowanie było wspaniałe, ale i tragiczne. Król w pogoni za jeleniem spadł z konia i złamał nogę. Po przerwanych łowach i kilkudniowej kuracji na przedborskim zamku, Przedbor chorego króla odtransportował do stolicy. Tam król wkrótce zmarł. Podczas ceremonii pogrzebowej swego możnego ojca, samotny syn niósł złotą tacę z górą pieniędzy na jałmużnę dla biedaków.

Strapiony Przedbor wrócił do podkopu. Po 555 dniach długi loch był gotowy. Teraz pozostawało mu tylko przygotować porwanie Hanki. Przez suto nagrodzonego wikarego z Przedborza powiadomił Hankę, żeby na pasterkę w wilię Bożego Narodzenia szła do kościoła w miarę możliwości samotnie.

Tego dnia Przedbor od środka sprawdził lochy. W lochu pod Pilicą trochę kapała woda, ale w całości był suchy. Osobiście rozwiesił płonące łuczywa, wykuł wejście do lochu na Bąkową Górę, zamaskował je śniegiem i czekał tam na Hankę.

W ciemnej nocy tylko sługa z pochodnią poprzedzał Hankę. Przedbor powalił go, wciągnął do lochu i skrępował. Po chwili ściskał już ukochaną Hankę. Nie tracąc chwili, ujął Hankę za rękę i z zapaloną pochodnią w drugiej ręce powiódł ją lochem do przedborskiego zamku. Szli szybko, chwilami biegli. Przebyli już spory kawałek lochu, gdy od Bąkowej Góry dobiegła ich wrzawa pościgu. Echo odbijało się od ścian lochu, potęgując grozę pościgu. Byli już chyba bliżej Pilicy, gdy Przedbor dostrzegł kałuże wody na dnie lochu. Rzeczywiście po skalnych ścianach już w wielu miejscach spływała woda. Narastająca wrzawa pościgu, a może i oni sami szybkością ucieczki wprawili powietrze w ruch, iż zdawało się słyszeć dobiegający z oddali jakby grzmot skał i szum przelewających się mas wody. Strwożona Hanka przystanęła i mocniej wtuliła się w ramiona Przedbora. W tym właśnie momencie wir powietrza zgasił im pochodnię. Przedbor zdecydował się ruszyć po ciemku, w kierunku ledwie widocznego w głębi lochu światła łuczywa. Skały wapienne nasiąkły i przepuszczały coraz więcej wody. Biegli zanurzeni już niekiedy po kostki w lodowatej wodzie. Woda kapała im także na głowy. Przedbor zachęcał ukochaną do biegu:

Szybciej, już niedaleko, tam będziesz bezpieczna!

Nagle, tuż za nimi rozległ się potworny huk spadających brył skalnych i mas zalewającej chodnik wody. Przystanęli zdumieni szybko wzrastającym poziomem. Wydawało się, jakby nagle cała Pilica, jak to w jej zwyczaju, zechciała zmienić kierunek spływu i teraz postanowiła skryć się pod ziemię.

Przedbor nie stracił orientacji, podniósł ukochaną i przerzucił ją sobie na plecy. Puścił się biegiem najszybciej jak mógł, ile sił starczy. Szczęściem chodnik lochu podnosił się ku zamkowemu wzgórzu, ale i biec z Hanką na plecach wcale nie było łatwo. Niemiłosierny bulgot wlewającej się wody i łomot  spadających kamieni powodowały, iż Przedbor biegł jakby dostał skrzydeł. Już widział światło łuczywa oświetlającego wyjście z lochu. Stał tam jego wierny sługa Maciej i ponaglał:

Panie, szybciej!

Padli skonani u wyjścia z lochu na przedborskim wzgórzu zamkowym. Byli bezpieczni. Wody piliczne szybko przepełniły tunel tak dalece, że po chwili  kipiel zaczęła wylewać na dziedziniec przedborskiego zamku.

Przedbor ochłonąwszy nieco, bezzwłocznie wiódł Hankę ku zamkowej kaplicy. Jak stali, tak padli przed ołtarzem dziękując Bogu za ocalenie, a przedborski proboszcz pobłogosławił ich zaślubiny.

Po kilku dniach dopiero okazało się, że wszyscy uczestnicy pościgu z rycerzem Gniewkiem Bąkiem na czele zginęli w lochu. Hanka porozumiała się ze swym bratem Zbyszkiem, który odziedziczył Górę zwaną Bąkową i żyli w zgodzie i pokoju.

Przedbor z Hanką żyli długo, szczęśliwie i z licznym potomstwem.

Wojciech Zawadzki