Przedborski rapsod wojenny

Wojenne dzieje Przedborza skrywają różnorodne oblicza. Znajdujemy w nich piękne karty nieugiętej postawy wobec wroga i heroicznej walki, poświęcenia ponad miarę i bohaterów, którzy nie doznali uznania potomnych. Najczęściej jednak badacz zmaga się z klęską, pożogą i mogiłami. Nawet, gdy niepamięć wysuszyła już łzy ofiar niewinnych niczemu.

Wojna

Miasteczko przed pierwszą wojną światową żyło sobie zwykłą już miarą pod rosyjskim butem od przeszło stulecia. Rozwijało się rzemiosło, kwitł handel produktami rolnymi. Mieszkańcy żyli nadzieją, że kiedyś i tutaj dotrze linia kolejowa i wtedy wszystko rozkwitnie: i przemysł, i handel, i wszędzie będzie bliżej.

Gdy latem 1914 r. woźny magistracki roznosił mężczyznom wezwania do carskiego wojska, jeszcze nic nie zapowiadało nieszczęścia. Iskrzyła wprawdzie nowa wojna, ale gdzieś tam hen, daleko w Serbii. Nikt nawet nie spostrzegł, gdy zawierucha wybuchła w samym mieście. Zaskoczeni Kozacy zdołali zbiec z koszar na targowicę (obecnie znajduje się tu zespół szkół i osiedle mieszkaniowe) i stamtąd ostrzeliwali się ku Majowej Górze zajętej już przez żołnierzy niemieckich. Rosyjska obrona wprawdzie trwała w okolicy przez kilka miesięcy, jednak umocniła się na dobre dopiero na linii pod Fałkowem i Łopusznem. Przedbórz na długie półrocze stał się miastem przyfrontowym. W efekcie działań wojennych zgorzało kilka domów, byli też zabici i ranni. Wojenna dyscyplina sparaliżowała miasto, ale najgorszym jednak wrogiem mieszkańców okazał się brak dostaw świeżej żywności. Dopóki stało wojsko, można było z nimi pohandlować, skorzystać z ich kuchni, była opieka medyczna. Po ciężkiej zimie przyszła wiosna. Wtedy dopiero ujawniło się prawdziwe oblicze wojny. Okoliczne pola zniszczone, brak upraw. W mieście ustał handel, wyroby rzemieślnicze i przemysłowe zalegały magazyny, szerzyła się inflacja i paskarskie ceny żywności. Widmo głodu było coraz bardziej realne. Pamiętam – wspominała po latach Jadwiga Zielińska – głód panował wielki. Matka zamieniała ¼ tj. 25 kg ziemniaków Żydom za 1 bochenek chleba. Gdy zmieniła się sytuacja na froncie i Rosjanie wycofali się na wschód, sytuacja Przedborza wcale nie poprawiła się, a wręcz przeciwnie. Nadal przetaczały się różne oddziały, różne wojska. Ledwie chwilę tryumfowała polskość, gdy oddziałek legionistów szablami rozsiekł carskiego orła z budynku szkoły na ul. Kościelnej. Wkrótce potem już do końca wojny zapanowały w Przedborzu austriackie porządki.

I na tym można byłoby lapidarnie zakończyć obraz Przedborza podczas tamtej wojny, gdyby nie okrutna cena, którą za „czyjąś wojnę” zapłaciło miasto: kilkaset ofiar spośród mieszkańców. Tyle wiemy. Nawet nie wiadomo dokładnie ilu.

Epidemia

Z dawien dawna wiadomym jest, że więcej ludzi zginęło w wyniku epidemii chorób zakaźnych dziesiątkujących ludzkość, niż jak przyjęło się uważać, w wyniku okrucieństwa wszystkich wojen łącznie. Oto opis epidemii najprawdopodobniej tyfusu (duru) wg. Jana Parandowskiego z V wieku przed naszą erą: W drugim roku wojny wybuchła zaraza. Przyszła zza morza, prawdopodobnie z Egiptu, gdzie wylewy Nilu sprowadzały nieraz srogie pomory. Głowa rozpalona, czerwone płonące oczy, gardło i język krwią nabiegłe, niemiły odór w ustach – to były pierwsze objawy. Potem choroba przerzuciła się na żołądek, wywołując gwałtowne boleści. Dotkliwa czkawka wstrząsała ciałem, które przybierało barwę siną lub czerwoną i pokrywało się nabrzmiałymi guzami. Chorzy trapieni straszliwą gorączką leżeli nadzy dokoła studzien. W siódmym lub dziewiątym dniu następowała śmierć z wycieńczenia bezsennością i biegunką. Niektórzy przetrwali chorobę, lecz odpadały im ręce nogi lub części rodne, obłożone gnijącymi wrzodami. Inni wyzdrowieńcy tracili całkowicie pamięć. Lekarze nie znali ani źródła choroby, ani leków pomocnych. Składano błagalne ofiary i świątynie napełniały się tłumami żebrzącymi zmiłowania. Ludzie bezradni przychodzili umierać pod posągami bogów. Wszystkich ogarniało odrętwienie. Kto zauważył na sobie znamiona zarazy, przestawał się troszczyć o jutro. Trupy palono na wspólnych stosach lub porzucano gdzie bądź. Nie było nawet ptaków dla uprzątnięcia zgnilizny. Mówiono, że odstraszone powietrzem, odleciały w inne strony. Psy ginęły razem z ludźmi.

Podczas I wojny światowej epidemia wybuchła już w 1914 r. w Serbii wskutek wzięcia do niewoli ok. 70 tys. jeńców z armii austrowęgierskiej, wśród których było kilku zarażonych tyfusem plamistym. Choroba szybko rozprzestrzeniła się wśród jeńców. Przechorowało się wówczas podobno ok. l 000 000 ludzi. W wojsku było ok. 150 000 przypadków, przy czym połowa zmarła. Z 350 lekarzy padło w walce z tą chorobą 126 (36%). Nieco później wybuchła już ze stężoną siłą w wielu ogniskach w Europie. W Rosji np. w latach 1917-21 chorowało ok. 25 milionów ludzi, z czego przypadków śmiertelnych było 2,5 do 3 milionów. Badania naukowe wprawdzie ujawniły przyczyny powstawania ognisk tyfusu plamistego upatrując ich w przenoszeniu zakażonej krwi przez wszy, ciągle jeszcze jednak nie znano szczepionki.

W Przedborzu najpierw w 1916 r. wybuchła epidemia tyfusu brzusznego wywoływanego przez pałeczki Salmonella. Nasilała się w następnych latach, aż po 1920 r. Przybierała różne oblicza: tyfus brzuszny, potem tyfus plamisty i wreszcie w 1918 r. hiszpanka, czyli grypa przywleczona z południa Europy. Epidemia trwała i zbierała tragiczne żniwo spośród mieszkańców miasta i uciekinierów z innych ogarniętych wojną regionów. Ludność okolicznych wiosek w poszukiwaniu ratunku również tu przybywała i najczęściej także płaciła haracz swoim życiem. Jeśli więc naukowcy oceniali, że wskutek intensywnej opieki medycznej można było wyleczyć co drugiego chorego, to można pokusić się o ledwie przypuszczalną liczbę zachorowań w Przedborzu: to kilka tysięcy osób. Brak dokładnych danych o realnej liczbie zachorowań jest także powodem nieznajomości rzeczywistej liczby ofiar tych tragicznych lat.

Opieka medyczna

sprawowana przez lekarzy i felczerów była z gruntu rzeczy prywatna. Jednak od 1912 r. lekarzem miejskim był znany internista, dr Władysław Rejment zob.

Pobierał on wynagrodzenie z miasta w postaci ryczałtu. Jego rola sprowadzała się do opieki nad ludnością niezamożną. W praktyce wyglądało to tak, że gdy ktoś ubogi zachorował, członek jego rodziny, albo opiekun społeczny, zgłaszał się do burmistrza, bez względu na porę dnia. Ten z kolei sprowadzał urzędnika, który wypisywał kartkę do lekarza, albo wprost do szpitala, podpisywał ją burmistrz i to dopiero upoważniało lekarza miejskiego do podjęcia decyzji o sposobie leczenia chorego. Dostawał on też albo bezpłatnie leki z apteki, albo transportowany był furmanką do szpitala w Radomsku lub Łodzi. Koszty pokrywał Magistrat. Jednak po wybuchu wojny miasto zostało bez lekarza. Dr. Rejment z rodziną, jak wiele innych osób, ewakuował się na wschód. Z braku lekarzy na miejscu w l. 1914-15 poważnie chorych wożono do Radomska albo Końskich.

Jednak, gdy miasto opanowała epidemia tyfusu: ludzie po domach leżeli pokotem całymi rodzinami. Założono 2 szpitale – wspominała Jadwiga Zielińska. – Jeden w szkole przy ul. Kościelnej (2 sale), a drugi przy ul. Wierzbowskiej na Widomie, w budynku żydowskim. Umierali Polacy w dużej mierze, a Żydzi zdawałoby się słabsi, jednak chorobę znosili. Byli widocznie odporniejsi, gdyż lepiej się odżywiali, jedli dużo cebuli, czosnku, bulw itp. Felczerami było wówczas 2 Żydów, jeden z nich nazywał się Fajwuś Świętarski.

Wydaje się, że przyczyna mniejszej śmiertelności Żydów na tyfus leżała jednak w lepszym przestrzeganiu przepisów sanitarnych. W odnalezionej przez Joannę Będkowską książce z domowej biblioteczki przedborskiego fabrykanta Henocha Weinmana z ul. Pocztowej, dra F. Tchórznickiego Przewodnik dla służby zdrowia podczas epidemii cholery (Warszawa 1918), dowiadujemy się, co ważne, że w rodzinach żydowskich każde naczynie do czego innego jest używane. Masowe wydanie Przewodnika (…) w serii „Książki dla wszystkich” traktuje o wadze problemu. Wprawdzie choroba była inna, lecz przyczyny i skutki podobne, książka ta była zapewne dla wielu pierwszym orężem w walce z epidemią. Sięgnijmy więc do katalogu zalecanych środków dezynfekcyjnych: najdzielniejszym jest para wodna – 100º C; roztwór sody (do 5 garncy gotującej się wody wsypać 1 funt sody); ług; wapno niegaszone (z którego przygotowujemy mleko wapienne); chlorek  wapnia (1 funt chlorku na wiadro wody); mydlak (płyn mydlano-karbolowy); karbol; dziegieć (1 wiadro na 10 wiader wody i garniec popiołu); siarczak (kwas karbolowy z kwasem siarczanym); sublimat (1 łut sublimatu i 12 łutów soli kuchennej na wiadro wody); para chloru (funt nieczyszczonego kwasu solnego i 5 funtów chlorku wapnia); formaldehyd; najlepszym, najpewniejszym środkiem dezynfekcyjnym jest ogień, tj. palenie przedmiotów zakażonych.          

W początkowym etapie wielkim powodzeniem cieszyli się wiejscy znachorzy, wszelkie „babki” i zielarze. Jednak w walce z tym kataklizmem, medycyna ludowa okazała się bezbronna. Trudniejsza rola w walce z epidemią spadała na aptekarza Bolesława Lipińskiego. On także stawał się nieraz bezsilny wobec ogromnej skali epidemii. W tych trudnych warunkach po leki jeździł furmanką do Krakowa albo Warszawy. Przypadek sprawił, że podczas jednego z takich wyjazdów natknął się w stolicy na dr. Józefa Masłowskiego. Jakimś cudem zdołał namówić go do heroicznej wprost decyzji i przeniesienia do Przedborza. Dr Masłowski, jako akuszer z całą pewnością był bardzo przydatny mieszkańcom, został nawet lekarzem miejskim, lecz on sam także bywał bezradny wobec tężejącej epidemii. Z pomocą przyszedł mu wtedy dr Rejment, który zdecydował się powrócić w końcu 1916 r. z wojennej tułaczki. Pojawił się także z pomocą felczer Jan Porębiński zob.

Jednak epidemia nie zmniejszała się, a wręcz przeciwnie rosła liczba ofiar. Władze okupacyjne zaniepokojone rozwojem sytuacji skierowały w 1917 r. z Warszawy do Przedborza, ekipę szpitala epidemicznego w składzie: lekarz dr Wiesław Świerczyński i 2 sanitariuszki.

Oprócz leczenia zakażonych chorobą, nader istotną sprawą była profilaktyka. Wielkie znaczenie prócz izolowania chorych, miało korzystanie z przebadanych ujęć zdrowej wody, zwalczanie wszy, troska o dobre odżywianie, higienę osobistą oraz utrzymanie wysokiej dbałości o czystość naczyń używanych do przyrządzania i spożywania pokarmów, słowem praktyczne szerzenie zaleceń oświaty zdrowotnej. Korzystano także z przyjezdnych urządzeń dezynfekcyjnych. Ale dobrodziejstwem okazały się również rodzime pokłady skał wapiennych, z których sporządzano tzw. wapno gaszone używane powszechnie do dezynfekcji pomieszczeń izolacyjnych, mieszkalnych, kloacznych i innych. W walce z epidemią stosowano zatem także cały arsenał środków profilaktycznych, które wymagały ogromu prac organizacyjnych.

Dużą wagę przywiązywano do wszelkiej dezynfekcji, a pomieszczeń w których przebywali chorzy, zwłaszcza. Wg wymienionego Przewodnika (…) dezynfekcja mieszkania odbywała się następująco: Na środku pokoju ustawiają się środki dezynfekcyjne, a także wiechcie, skrobaczki, miotły itp. Otwiera się okna i wiechciami namoczonemi w mocnym chlorku lub gorącym mydlaku zbiera troskliwie wszelkie śmiecie, np. słomę, resztki gałganków, środków opatrunkowych, papieru itp. i wszystko to wrzuca się do ognia. Jeżeli pokój wyklejony jest obiciem, to po namoczeniu go słabym chlorkiem zeskrobuje się je i razem ze śmieciami spala. Jeżeli ściany są tynkowane, to zeskrobuje się tynk dokładnie; gruz wyrzuca na śmietnik i polewa wapnem. Podłogę i wszystkie rzeczy drewniane obmywa się gorącą sodą i zlewa obficie mocnym karbolem. Przedmioty metalu: klamki, zamki, drzwiczki od pieców itp. obmywa się mydlakiem. Ściany i sufit obmywa się i bieli mocnem mlekiem wapiennem, którem w braku innych płynów, można wymyć i podłogę – lub też podłogi szorują się wiechciami namoczonemi w mocnym dziegciu.  Gdzie są podłogi z cegły lub klepiska ziemne, tam zlewa się je dziegciem, polewa lub posypuje mocnym wapnem. Wreszcie lokal przewietrza się w ciągu dni kilku, wzmacniając przewietrzanie przez palenie w kominach i piecach. Po kilku dniach oczyszcza się lokal ostatecznie, to jest wybiela się go wapnem, ściany maluje lub okleja, wymywa podłogę itp. Po wysuszeniu mieszkanie może być zajęte.

(…) opuszczając mieszkanie ludzi biednych, trzeba nalać we wszystkie naczynia mocnego wapna, co zmusi gospodynię do wymycia takowych.

Próba bilansu

Rzeczywistej ilości zgonów w Przedborzu wskutek epidemii wywołanych wojną nikt i nigdy dokładnie nie zliczył. Podczas wojny znacznie ważniejsze było uniknięcie osobistego nieszczęścia, niż prowadzenie ścisłej ewidencji ludności albo badanie migracji wojennych obcych i swoich.

Punktem wyjścia do analizy są informacje o sytuacji demograficznej przed wojną zawarte w Roczniku Statystycznym Królestwa Polskiego. Dowiadujemy się z niego, że w 1914 r. obszar miasta i gminy Przedbórz zamieszkiwało 5.021 katolików (czyli Polaków), 43 protestantów oraz 6.361 Żydów, razem 11.425 osób. Teren ówczesnej gminy Góry Mokre zamieszkiwało adekwatnie 3.082+49+445, łącznie wiec 3.576 osób. Sumując, na obszarze obecnej gminy zamieszkiwało 15.001 mieszkańców.

W dalszej analizie należy posłużyć się księgami ewidencyjnymi ludności parafii rzymsko-katolickich Przedbórz i Żeleźnica oraz gminy żydowskiej w Przedborzu. Obszar parafii wprawdzie nie pokrywał się z obszarem gmin, ale innych źródeł nie ma, a różnice nie wnoszą dla tej analizy istotnych wielkości. Podobnie zresztą, jak brak szerszej wiedzy o niewielkiej liczbie lokalnych protestantów.

Z analizy ilości zgonów w latach poprzednich zdecydowany przyrost obserwowany jest począwszy od 1916 r., tj. o 32 Polaków i nieznaną liczbę Żydów. W latach następnych przyrost ten przedstawia się następująco: 1917 r.: 71 Polaków i 34 Żydów; 1918 r.: 73 Polaków i 36 Żydów; 1919 r.: 298 Polaków i 105 Żydów; 1920 r.: 125 Polaków i 12 Żydów; 1921 r.: 27 Polaków i nieznana liczba Żydów. Wiemy więc, że wskutek epidemii zmarło 624 Polaków i 187 Żydów.

O Żydach wiadomo, że żniwo epidemii było wśród nich niższe. Skądinąd także wiemy, iż Żydzi z różnych powodów nie przywiązywali wagi do ewidencji swojej ludności. Zastosowanie analizy statystycznej wyłoniło proporcje liczby zgonów Polaków do Żydów, jak 12:5. Wydaje się ona wręcz nieprawdopodobna, jednak tyle mówią liczby. W odniesieniu do Żydów-ofiar epidemii należy więc za okres lat 1916-21 przyjąć liczbę co najmniej 260 zgonów. Upoważnia to do stwierdzenia, iż o ile w l. 1916-21 zmarło 1.764 Polaków i 672 Żydów, łącznie 2.446 mieszkańców, to co najmniej 884 osoby padły ofiarą epidemii wojennych.

Długa i bardzo niesprawiedliwa dla przedborzan była ta wojna.

Bohaterowie

Przegrał walkę z epidemią w Przedborzu i zmarł na tyfus 20 października 1918 r. lekarz miejski, dr med. Michał Rejment lat 47. 18 stycznia 1919 r. zmarł na tyfus kierownik szpitala epidemicznego, lekarz miejski, dr Wiesław Świerczyński lat 36 zob.

17 kwietnia 1919 r. nie przeżył zarażenia tyfusem felczer Jan Porębiński, lat 38. 18 kwietnia 1919 r.padła ofiarą obowiązku Zofia Żarnoch, sanitariuszka szpitala epidemicznego, miała lat 18, zob.

26 stycznia 1921 r. zmarł lekarz wojskowy, który wcześniej ratował polskich żołnierzy rannych w największej z polskich bitew I wojny światowej, pod Saint Hilary-le-Grande, dr Kazimierz Cudziński lat 43, zob.

Ich ofiarność ocaliła życie kilku tysiącom przedborzan.

Chwała Bohaterom!

Wojciech Zawadzki

PS. Dziękuję za pomoc p. Renacie Koskiej. Artykuł opublikowałem w „Gazecie Radomszczańskiej” – 5 II 2009 r.