stolecki julianSTOLECKI Julian (1925-2009) rolnik

Pochodził z rodziny od przeszło stu lat gospodarującej w Pohulance. Jego dziadkowie, Michał (1845-1909) i Justyna z Kołodziejczyków (1843-1937), utrzymywali się z niewielkiego gospodarstwa rolnego, które posiadali na własność już przynajmniej od początku XX w.

Jednak jego rodzice, Feliks (1881-1960) i Agnieszka z Kowalczyków (1880-1941), wkrótce po ślubie wyjechali za chlebem do Częstochowy. Feliks wcześniej wykształcił się na rymarza u Lappego w Pohulance i w tym zawodzie pracował w fabryce. Po pewnym czasie, za radą lekarzy powrócili do Pohulanki. Urodziło się im dziewięcioro dzieci, z których czworo zmarło.

Najmłodszym, urodzonym 28 XII 1925 r. był właśnie Julian. Przyszedł na świat w rodzinnym gospodarstwie. Jego ojciec nadal uprawiał rymarstwo, ale żeby zapewnić byt rodzinie imał się także omłotów u okolicznych rolników przy pomocy maszyny na tzw. „brudne ziarno”.

W 1933 r. Julian rozpoczął naukę szkolną w 7-klasowej Szkole Powszechnej w Przedborzu. Wybuch wojny z Niemcami w 1939 r. sprawił, że skończył ją na 5 klasie. Równolegle, najczęściej z bratem Zygmuntem, musiał pomagać ojcu w gospodarstwie i omłotach.

Sytuacja rodzinna pogorszyła się, gdy w 1941 r. zmarła jego matka.

W 1944 r. Julian został początkowo wysłany przez władze okupacyjne na roboty przymusowe w gospodarstwie niemieckim pod Końskimi. Przebywał tam krótko, bo już w lipcu, wraz z grupą chłopaków z Pohulanki, skierowany był do kopania okopów na lewym brzegu Wisły, na wysokości Puław. Po kilku dniach, wykorzystując nieuwagę wartowników o świcie, cała ich grupa zbiegła. Po różnych przygodach, podróżując koleją, furmanką i pieszo, wszyscy szczęśliwie dotarli do domów. Jednak nie uniknął tych prac w rodzinnych stronach. Kopał okopy dla Niemców na terenie Woli Przedborskiej, Baraków a nawet we własnym gospodarstwie.

„Wyzwolenie” przez Rosjan w styczniu 1945 r. dobrze zapamiętał, bo ojciec kazał mu dokładnie pozamykać na klucze oborę i inne pomieszczenia. Ocalili przez to inwentarz żywy. Jednak nocujący u nich żołnierze Armii Czerwonej zabrali z szafy sukno i kożuchy.

12 X 1946 r. został wcielony do 12. Pułku Piechoty w Pleszewie w celu odbycia zasadniczej służby wojskowej. Był dobrym żołnierzem, bo awansował na starszego strzelca a później kaprala. Dowodził drużyną łączności radiowej. Dobre wyniki strzeleckie sprawiły, że co najmniej 2-krotnie odwiedził dom rodzinny podczas urlopu nagrodowego. Do rezerwy odszedł 30 IX 1948 r. Jego pułk – choć bez jego udziału – walczył z Ukraińską Armią Powstańczą w Bieszczadach. Zaowocowało to później przyznaniem mu uprawnień kombatanckich.

Z obawy przed kolektywizacją prowadzoną często przymusowo przez tzw. władzę ludową, jego ojciec sprzedał konia i motor spalinowy oraz zaprzestał wykonywania omłotów.

W grudniu 1948 r. Julian ożenił się z Matyldą Suchanek (1930) z Dęby. Żona wniosła do małżeństwa ok. 2 ha ziemi. Młode małżeństwo zaczęło gospodarowanie od dobudowy spichlerza i przebudowy starej obory. Zaczęły też przychodzić na świat dzieci: Kazimierz (1950), Andrzej (1952), Jolanta (1954), Marian (1957) i Józef (1965).

Julian ciężko pracował. Okres lat 50-tych był szczególnie trudny dla rodziny. Żona Matylda zaczęła przewlekle chorować, dzieci były małe i wymagały troski, a trzeba było jeszcze spłacać pola dzierżawione od rodzeństwa. Chłopi wtedy nie byli ubezpieczeni zdrowotnie, nie mieli też prawa emerytalnego. Wizyty lekarskie, leki, pobyty w szpitalu były płacone przez nich gotówką, bez zniżek. Rolnicy musieli oddawać do punktów skupu tzw. kontyngenty, czyli obowiązkowe dostawy żywca i zboża. W zamian dostawali zapłatę niższą od cen rynkowych i kartki na zakup węgla. Prace polowe wykonywano ręcznie przy pomocy motyki, sierpa, kosy, wideł, grabi, pługa ciągnionego przez konia. Wozy chłopskie były wówczas na żelaznych kołach. Wieś nie miała elektryczności, a mieszkania oświetlano lampami naftowymi. Zimą do Przedborza jeżdżono saniami.

Julian sadził ręcznie dużo ziemniaków (jeszcze nie było wtedy stonki ziemniaczanej), żyta, owsa, prosa; stosował płodozmian i poplony (łubin i saradelę). Korzystał z porad miejskiego agronoma. Hodował krowy, owce, kury, gęsi i świnie, tzw. warchlaki (ok. 6-tygodniowe małe świnie). Obrabiał przy pomocy swojego konia pola innych rolników. Zimą, przeważnie z sąsiadem we dwójkę, cepami młócili żyto w stodole własnej i sąsiada, a potem z furmanką pracował w lasach Nadleśnictwa Przedbórz przy zwózce drewna. Latem wyrabiał też cegły z gliny i te wysuszone na słońcu, wypalał jesienią w piecu ziemnym.

W 1957 r. rozebrał starą małą stodółkę i obok wybudował obszerną nową. Powiększył przez to znacznie podwórze swego gospodarstwa.

W 1960 r. zmarł jego ojciec, który dotąd pomagał w pracach. Rok później Pohulanka została zelektryfikowana. Początkowo energię elektryczną wykorzystywano do oświetlenia mieszkań i budynków gospodarskich. Później silnik elektryczny zastąpił kierat, którym rżnięto sieczkę dla krów. Nie było radia, ale w prawie każdym gospodarstwie był tzw. kołchoźnik, czyli głośnik z radiowęzła w Przedborzu, w którym nadawano program pierwszy Polskiego Radia i czasem wiadomości lokalne.

Dzieci dorastały, więc była już duża pomoc w pracach polowych i w gospodarstwie. Produkcja rolna z czasem stawała się opłacalna, gdyż żywności brakowało na rynku. Również opłacalny był wyrób cegieł, bo brakowało także i materiałów budowlanych. Julian kontraktował żywiec, ziemniaki, zboże, rzepak i tytoń. Wóz żelazny zastąpił wozem na gumowych kołach.

Poziom życia rodzin chłopskich poprawił się wskutek koniunktury w latach 70-tych, ale np. dopiero w 1975 r. wprowadzono ubezpieczenia zdrowotne i emerytury dla rolników. Produkcja rolna stała się opłacalna a nawozy sztuczne były tanie i łatwo dostępne.

W 1971 r. dotknęło rodzinę Juliana Stoleckiego nieszczęście: od uderzenia pioruna spłonął ich dom mieszkalny. Stoleccy zamieszkali wtedy w domu sąsiada Józefa Grabalskiego. Z oszczędności i niewielkiej pożyczki Julian Stolecki zdołał wybudować nowy murowany dom. Wyposażył go w instalację zimnej wody i centralne ogrzewanie. W tym domu zamieszkali w 1975 r.

Pod koniec tej dekady dwóch najstarszych synów ukończyło studia wyższe, zaczęli pracować i nadal pomagać rodzicom. Młodsze dzieci, z wyjątkiem Józefa, także już były pomocne w gospodarstwie.

Lata 80-te również były korzystne dla rolnictwa. W 1986 r. Julian zakupił nowy ciągnik Ursus C-330, przyczepę snopowiązałkę, pług, brony i siewnik. Dokupił także grunty rolne od sąsiadów i tym powiększył gospodarstwo z ok. 7,2 ha do ok. 10,5 ha. W tym roku także osiągnął wiek emerytalny, w związku z czym przekazał gospodarstwo wraz z gruntami synowi Marianowi. Pomimo, że zostawił sobie małą działkę, by uprawiać na niej paszę dla swoich kur i królików, to nadal pomagał synowi w prowadzeniu gospodarstwa. W 1990 r. wybudował dużą wiatę murowaną na maszyny rolnicze i narzędzia. Rok później zdołał zakupić nowy rozrzutnik obornika. Dopiero, gdy Marian ożenił się w 1991 r. i zaczął samodzielnie gospodarzyć, Julian odsunął się od kierowania.

Dla Juliana zawsze było ważne jego hobby – hodowla gołębi pocztowych. Odnosił w tej dziedzinie duże sukcesy. W lotach konkursowych jego gołębie powracały często jako pierwsze z Niemiec, Holandii, Wysp Fryzyjskich, ujścia Tamizy.

W 1996 r. zmarła jego żona Matylda.

On sam zaczął narzekać na zdrowie po 2005 r. Całe życie ciężko pracował, był rolnikiem z zamiłowania. Sam nauczył się dobrej uprawy ziemi i hodowli zwierząt. Wychował i wykształcił pięcioro dzieci. Nauczył je pracowitości, oszczędności i szacunku dla pracy rolnika.

Zmarł 20 VIII 2009 r., po krótkiej chorobie w wieku 84 lat. Spoczął na przedborskim cmentarzu parafialnym.

Materiały w posiadaniu autora.

Kazimierz Stolecki