Żółtak CzesławŻÓŁTAK Czesław (1905-1978) podporucznik, Obrońca Przedborza 1939 r.

Urodził się 15 III 1905 r. w Łodzi, syn Feliksa. Jego matka pochodziła z Zielińskich.

We wrześniu 1926 r. objął stanowisko kierownika jednoklasowej szkoły w Woli Droszewskiej, gmina Godziesze Wielkie, powiat Kalisz. Szkoła stopniowo zwiększała swój profil działania i w 1928 r. była 2-klasową, w 1930 r. 3-klasową o pięciu oddziałach, a w 1933 r. kosztem mieszkania nauczyciela powiększono ją o kolejną klasę.

Czesław Żółtak przebył typową drogę nauczyciela – oficera rezerwy Wojska Polskiego. Po maturze odbył służbę w dywizyjnej Szkole Podchorążych Rezerwy Piechoty. M.in. we wrześniu 1928 r. był na ćwiczeniach wojskowych. Wiadomo, że w 1934 r. już jako podporucznik rezerwy w dyspozycji Powiatowej Komendy Uzupełnień w Kaliszu, miał przydział mobilizacyjny do 29. Pułku Piechoty w Kaliszu z przeznaczeniem do Oddziału Zapasowego 25. Dywizji Piechoty.

W przededniu napaści Niemiec na Polskę w 1939 r. otrzymał wezwanie do wojska w ramach mobilizacji powszechnej. Jego OZ z miejsca stawiennictwa w Kaliszu został wg drugiego wariantu przetransportowany koleją do Kielc. Tam, 3 IX 1939 r. na jego bazie pośpiesznie zorganizowano 3. batalion 154. Pułku Piechoty Rez., a ppor. Żółtak został wyznaczony na dowódcę plutonu zwiadu w batalionie. Jeszcze tegoż samego dnia otrzymał rozkaz wyjazdu z plutonem do Przedborza i podjęcia obrony miasta.

Niemiecki pluton rozpoznawczy na samochodach pancernych i motocyklach wkroczył do Przedborza już 2 IX 1939 r. o godz. 18-ej. Walkę z nimi rozpoczęli policjanci (zob. Pis Karol). Padli pierwsi zabici i ranni mieszkańcy Przedborza (zob.: Paździerski Aleksy, Wurszt Julian, Koski Władysław, Rutkowski Władysław i inni). Nocą Niemcy wycofali się na Świńską Krzywdę, a za dnia 3 IX zwiększoną siłą ponownie wkroczyli do Przedborza. Prócz miejscowych policjantów do obrony miasta skierowano źle uzbrojony pluton rezerwistów (w większości w cywilnych ubraniach) z Końskich pod dowództwem (zob.) kpt. Stanisława Trojanowskiego, którzy wobec broni pancernej byli bezsilni.

Wojciech Zawadzki w książce „Przedborski wrzesień” tak przedstawił tę sytuację:

Była to 1 kompania 2 pułku czołgów pod dowództwem kpt. von Werlbafa, a właściwie cały Oddział Wydzielony. Ok. 30 pojazdów pancernych przybyło, by złamać opór małego miasteczka.

Powtórzyła się sytuacja z dnia poprzedniego. Za mostem, czołowe pojazdy zatrzymały się na skrzyżowaniu z ulicą Konecką i… wtedy to z posterunku policji wyskoczył policjant Majewski, rzucił się na bruk i otworzył z karabinu ogień do Niemców. Ci odpowiedzieli z karabinów maszynowych…

Tak zaczął się jeden z najczarniejszych dni w dziejach Przedborza.

Wspominał (zob.) Konstanty Kozakiewicz – pancerki wjechały na targowisko i siekły teraz gęsto za uciekającymi. Gdy furia ataku obróciła się w innym kierunku, wyszedłem z kryjówki i wtedy ujrzałem nadjeżdżające szosą kielecką ciężarówki z żołnierzami. (był to pluton piechoty 154 pp rez. z Kielc pod dowództwem ppor. rez. Czesława Żółtaka – WZ) Przybyły oddział polski podzielił się na dwie grupy. Jedna ze Stefanem Zielińskim (1917 – 2013 – WZ)    udała się do północnej części miasta i zajęła pozycje w ogrodzie (zob.) Turnego [ul.Konecka 1] nad rzeką, druga z (zob.) por. Władysławem Chudym ulokowała się na południu w ogrodzie Jędrzyckiej [ul. Krakowska 24]. Zaraz też żołnierze zaczęli ostrzeliwać wozy pancerne przechodzące przez most (…). Rytm walki narastał, potęgował się. Obok serii z broni maszynowej, słychać było strzelaninę z karabinów ręcznych. Niemcy strzelali też z działek przeciwpancernych i pociski co chwila rozrywały się w różnych częściach miasta. (…)Pożar rozszerzał się, wzmagał. Płonęła już część ulicy Mostowej i Mały Rynek z przyległościami.

Uciekinierzy z miasta różnymi drogami napływali do lasu wybledli z przerażenia, z tobołkami w rękach. Niektórzy prowadzili krowy lub koz.(…). Płonął już Duży Rynek i podcienia (zwane także sukiennicami; budowla z XVII/XVIII w. długości. 80 m – WZ), te podcienia przy odnawianiu których włożyliśmy tyle pracy. Pociskiem z działka zapalono zabytkową bożnicę (z 1760 r. – WZ). Kilkusetletnie wysuszone drewno modrzewiowe, z którego była zbudowana, płonęło jaskrawym płomieniem wydając gęste kłęby czarnego dymu (…). Ze ściśniętym sercem patrzyłem na zagładę miasta tak żywo przypominającą obrazy zniszczeń z wojny domowej w Hiszpanii w 1936 roku. Tam też byli Niemcy i teraz pokazują czego świat może się po nich spodziewać. (…) Setki kotów, tak mi później opowiadano, ratując się przed ogniem, przepłynęło wpław rzekę.

Zaraz na początku spłonęła apteka Bolesława Lipińskiego, przy Małym Rynku 6. Przedborscy strażacy z pełnym poświęceniem – mimo nabierającej zbrodniczego tempa akcji Wehrmachtu – podjechali ze sprzętem gaśniczym, zanurzyli pompę w rzece i usiłowali gasić pożar. Inni strażacy w tym samym czasie, starali się ocalić co tylko się da z dobytku apteki.

Wzmagająca się strzelanina i gwałtownie rodzące się ciągle nowe ogniska pożaru, pokazały bezsens tej akcji. Płonęło wszystko wokół. Strażacy byli bezradni. Ich własne życie było zagrożone.

Mały Rynek spłonął doszczętnie. Z całą pewnością można dziś – na podstawie zachowanych dokumentów – stwierdzić, że spłonęły kamieniczki nr 1, 2, 4, 5, 6, 7, 8, 9, 10, 11, 12, 13, 18. Sąsiedni Duży Rynek od zachodu i południa stworzył ściany ognia nie do przebycia – spłonęły wówczas m.in. kamienice nr 8, 11, 13, 16, 21, 25. Zupełnie znikły ul. Bóźnicza i plac Bóźniczy. Na ul. Mostowej – posesje nr 34, 36, 19 oraz duży dom Ludwika Wolińskiego pod nr Konecka 2 – Mostowa 38.

Na Pocztowej od pocisku artyleryjskiego zgorzał tylko jeden dom, Boczkowskiego i Najmrockiego pod nr 33. Na Trytwie – ulicy tuż za mostem, w zachodniej części miasta, spłonęły posesje nr 3, 4, 6 i 11. Na ul. Częstochowskiej pod nr 3 spalono duży dom Juliana Bieleckiego.

(…)Wielu świadków wspomina o grupach młodzieży pomagającej wojsku, lecz ich nazwiska uciekły już z pamięci. Natomiast nie zachowały się żadne informacje co do ewentualnego udziału ludności żydowskiej w obronie miasta.

Po kilku godzinach wycofały się oddziały polskie. Ludzie patrząc na tę garstkę nie śmieli pytać, a takie pytanie każdy miał na ustach, o właściwą milionową armię, która jak wszyscy wierzyli walczy na froncie – zanotował burmistrz.

(…)Przejazd pojazdów pancernych, siejących ogniem karabinów maszynowych ul. Mostową, od rzeki aż na szczyt zamykającego ją rozległego wzgórza wapiennego, gdzie była targowica zwierzęca; te kilkadziesiąt metrów różnicy wysokości terenu, to nic innego, jak przejaw dążenia do szybkiej, bezwzględnej pacyfikacji miasta; za wszelką cenę.

Niczym nieuzasadniony terror i bestialstwo żołnierzy Wehrmachtu, wyrażające się w pogardzie dla mieszkańców, woli niszczenia i żądzy mordu. Wzniecanie ognia i systematyczne podpalanie domu za domem, całych ulic i kwartałów; niszczenie dobytku i dorobku pokoleń; rozstrzeliwanie zabytków; rabowanie cudzego mienia; strzelanie na oślep i bez powodu; zwyczajne mordy; wrzucanie granatów do mieszkań i piwnic, w których przebywali ludzie – przykłady można mnożyć. To nie miała być wojna wg rycerskich zasad, ale już z założenia wojna totalna, obejmująca wszystkich i wszystko. Jakże sensowne jest w tym miejscu przytoczenie znanej wypowiedzi Adolfa Hitlera:

Zadaniem naszym jest zniszczenie sił żywych przeciwnika, a nie osiągnięcie określonej linii… Nie miejcie litości, bądźcie brutalni… silny ma za sobą prawo. Wysłałem na wschód swoje formacje „trupich czaszek” z rozkazem zabijania bez litości i pardonu wszystkich mężczyzn, kobiet i dzieci polskiej rasy i języka.

Dwóch poległych żołnierzy z plutonu ppor. Żółtaka spoczywa na przedborskim cmentarzu w (zob.) Grobie Nieznanego Żołnierza.

Pozostanie tajemnicą jak to się stało, iż w aktach jenieckich ppor. Żółtaka zapisano, iż do niewoli dostał się 29 IX 1939 r. w Warszawie, a nie na Kielecczyźnie, gdzie dalej walczył jego 154 pp.rez. W aktach tych utrwalono także jego przedwojenny macierzysty 29. pp., który rzeczywiście przedostał się do stolicy i walczył w jej obronie.

Początkowo osadzono go w oflagu II E w Neubrandenburgu, a od 24 II 1941 r. do końca wojny przebywał w oflagu II A Prenzlau.

Tymczasem w Woli Droszewskiej jego żona, również nauczycielka Maria Żółtakowa (16 III 1905 – 17 V 2002) przez cały okres okupacji niemieckiej prowadziła tajne nauczanie dzieci. 18 II 1945 r. jako pełniąca obowiązki kierownika szkoły zapisała w kronice szkolnej:

Nareszcie nasze marzenia i sny lepszej przyszłości zostały urzeczywistnione. Po pięciu i pół roku przywrócono nam prawa człowieka. Przez czas okupacji niemieckiej byliśmy bowiem zepchnięci do rzędu bydła roboczego. Chwila wyzwolenia nadeszła. Hydra hitlerowska została złamana na zawsze. Z nową wiarą, z nową energią stajemy do pracy nad kształtowaniem serc i umysłów dziecięcych. Nad wychowaniem dobrych i dzielnych synów ojczyzny. Wiemy, że czeka nas praca ciężka i bardzo odpowiedzialna. Nie brak nam jednak ani sił, ani chęci. W imię Boga zaczynamy.

19 II 1945 r. uroczyście ponownie otwarto szkołę.

Czesław Żółtak 26 VII 1945 r. powrócił z niewoli niemieckiej i 1 VIII przejął obowiązki kierownika szkoły w Woli Droszewskiej. Z ogromnym jego zaangażowaniem w lipcu 1958 r. rozpoczęto budowę nowej szkoły. Budynek oddano do użytku 28 VIII 1959 r. Kolejny etap rozbudowy budynku szkolnego, związany z programem 8-klasowej szkoły podstawowej, podjął on jesienią 1965 r.

Od 1 IX 1969 r. w 30. rocznicę wybuchu II wojny światowej, Czesław Żółtak wraz z żoną zakończyli pracę nauczycielską i przeszli na emeryturę. Z żoną i synem Włodzimierzem (1932-1996) zamieszkali Sieradzu. Tam zmarł w 1978 r. Spoczął na tamtejszym cmentarzu parafialnym w grobie rodzinnym, nr 12-1-14.

ROR 1934; Wojciech Zawadzki, Przedborski wrzesień, Bydgoszcz 2004; informacje i fotografia z kroniki szkoły z Zespołu Szkół w Woli Droszewskiej; http://www.straty.pl/; http://www.polskie-cmentarze.com/sieradz/

Wojciech Zawadzki