Gdy w 2016 r. skrzętnie analizowałem i kwalifikowałem do druku zapiski wspomnień Konstantego Kozakiewicza, mimo szeroko zakrojonych usilnych poszukiwań i odczucia, że dotarłem chyba do wszystkich jeszcze dostępnych, pozostawał mi utajony stan niedosytu.
W pracy Przedborskiego Słownika Biograficznego w 2025 r., nad przygotowywaniem biogramu innej przedborskiej postaci, nagle zupełnie nieoczekiwanie natrafiłem na nieznane dotąd oryginalne maszynopisy i rękopisy Konstantego Kozakiewicza. Ich autorstwo nie budzi żadnych wątpliwości. Źródło ich pochodzenia z uwagi na prawa autorskie zachowam w tajemnicy.
Teksty te wnoszą fundamentalną, nieznaną dotąd wiedzę o wojennej historii Przedborza i zasługują na publikację. Niektóre fragmenty Konstanty Kozakiewicz powielił w znanym już „Pamiętniku”, tu przedstawił je w innym kontekście.
Zamierzam stopniowo publikować nieznane dotąd teksty przedborskiego burmistrza w Almanachu PSB. Pierwszy artykuł dotyka zbrodni niemieckiej, którą popełnili żołnierze Wehrmachtu na mieszkańcach Przedborza i ich mieniu w dniach 3-5 września 1939 r. Z tego powodu ilustruję go wykazem zniszczonych nieruchomości z mojej książki „Przedborski wrzesień” wyd. Bydgoszcz 2004 r.
Wojciech Zawadzki
Konstanty Kozakiewicz[1]
NIEMIECKIE SAMOCHODY CZERWONEGO KRZYŻA
W niedzielę 3 września 1939 roku trwały w Przedborzu zacięte walki słabych sił polskich z nacierającymi forpocztami zmotoryzowanych wojsk niemieckich. Śródmieście stanęło w ogniu, mieszkańcy w pośpiechu opuszczali swe mieszkania i nierzadko odnosząc rany czy nawet tracąc życie, szukali schronienia w sąsiednich wioskach i lasach. Nim noc zapadła wobec zacięcie bronionego miasta Niemcy wycofali się uwożąc swych zabitych i rannych. W poniedziałek podpalony przez nasze wojska spłonął drewniany most na Pilicy długości około 100 metrów. We wtorek 5 września udałem się z chwilowego miejsca pobytu na Miejskich Polach wraz z nauczycielem Zdzisławem Widlem[2] do opustoszałego Przedborza. Na rogatkach stały patrole naszych wojsk i musieliśmy się wylegitymować. Na ulicach leżały pozrywane przewody telefoniczne i od elektryczności, porzucane różne przedmioty, na murach widać było ślady kul. Na rogu ulicy Pocztowej i Mostowej stała Żydówka Wierzba i ujrzawszy nas zaczęła lamentować, że w nocy jej sklep został okradziony. Niestety nie było komu chronić mienia obywateli; policja biorąca w niedzielę udział w walce z Niemcami, wobec spalonego posterunku gdzieś się rozproszyła. Część ulicy Mostowej, trzy czwarte Rynku, zabytkowa z drzewa modrzewiowego bożnica z otoczeniem i Mały Rynek były spalone. Swąd spalenizny unosił się w powietrzu, niektóre zgliszcza jeszcze dymiły. Głęboką ciszę przerywał tylko od czasu do czasu grzmot przelatujących eskadr niemieckich. Na Małym Rynku przed spaloną apteką stały ustawione liczne słoje i flakony, leżały ubrania i różne przedmioty, w pobliżu stała motopompa porzucona przez straż pożarną w czasie daremnych prób powstrzymania ogarniających coraz dalsze domy płomieni.








Niedaleko ujrzeliśmy grupę wojskowych polskich składającą się z kapitana[3] podoficera i kilku żołnierzy. Byli w pełnym rynsztunku bojowym, hełmach i prezentowali się (pięknie) okazale, choć na twarzach ich malował się smutek. Zrozumiałem, że dręczy ich upokarzający odwrót i świadomość, że pozostawiają kraj na łup okrutnego wroga niszczącego wszystko po drodze i mordującego bez pardonu obywateli. Kapitan, któremu przedstawiłem się, poinformował mnie, że przebiegające w nocy patrole napotykają na próby rabunku opuszczonych sklepów. Następnie wskazując za rzeką dwa stojące na wylocie ulicy Trytwy auta Czerwonego Krzyża dodał, że nocą kolumna samochodów nieprzyjacielskich, na czele których były te dwa, podjechała do przyczółka spalonego mostu. Niemcy mimo posiadania olbrzymiej przewagi w siłach na lądzie i w powietrzu, uciekli się do nędznego podstępu, a wiedząc, że Polacy szanują konwencje międzynarodowe, spodziewali się ich oszukać. Zawiedli się tym razem sromotnie: wynikła strzelanina, w krótkiej walce poległ oficer i żołnierz niemiecki, dwa samochody unieruchomiono, a reszta uciekła. Wszystkie one wiozły konstrukcje do budowy prowizorycznego mostu. Przy pożegnaniu życząc kapitanowi szczęśliwego powrotu po zwycięskiej wojnie, prosiłem aby rozkazał patrolom, o ile to będzie możliwe, płoszyć nocnych rabusiów. W czasie naszego powrotu na Miejskie Pola niemiecki samolot wywiadowczy krążył nad miastem i okolicą; niezależnie od tego eskadra bombowców lecąca w głąb kraju obrzuciła bombami wsie: Czermno, Fałków i Kazanów. Ciężkie dymy zawisły nad horyzontem. W godzinach późniejszych rozpoczął się nowy atak na Przedbórz, tym razem od południa (od strony Włoszczowy). Nad ocalałymi dotąd dzielnicami podniosły się chmury dymu, śmierć poniosło znowu kilka osób cywilnych niebacznie pozostałych w swych domach.
Co później Niemcy zrobili w jednym z ostrzelanych samochodów Czerwonego Krzyża?
Został on specjalnie wyposażony i ustawiony przed budynkiem Urzędu Miejskiego. Przez podziurawione kulami okna można było ujrzeć rozrzucone po podłodze języki i piersi, które „barbarzyńscy Polacy odcięli mordując bestialsko niemieckie sanitariuszki”. Cielęta czy też kozy dostarczyły tych eksponatów. Z przemaszerowujących oddziałów przychodzili hitlerowcy i głośno wymyślając i plując fotografowali „widomy dowód polskiego okrucieństwa”. W świat szła Greuelpropoaganda (propaganda okropności) przedstawiająca Polskę, jako kraj dziki i barbarzyński. W ponurych latach wojny liczni obywatele zrujnowanego miasteczka płacili życiem za urojone przestępstwa, a między innymi za „popełnione na Niemcach zbrodnie”.
Po wojnie mimo czytania wielu publikacji nie udało mi się nigdzie znaleźć nawet małej wzmianki o dzielnej obronie Przedborza. Tym dziwniejszym mi się to wydało, że u nas skrzętnie się wyszukuje i publikuje o każdym poważniejszym punkcie oporu. Sam wielokrotnie próbowałem w prasie wojewódzkiej (kieleckiej) coś o tym napisać. Daremnie! Wyglądało na to jakby komuś zależało aby dzielna postawa obrońców Przedborza utonęła w ogólnej niepamięci. Pamiętali tylko Niemcy. Świadczyć o tym mogą słowa gestapowca w czasie aresztowania mnie w marcu 1941 roku. „A burmistrz przeklętego miasta Przedborza, które się tak uparcie (hartnäckig) w 1939 roku broniło, za co słusznie zostało zburzone”.
[1] Zob. PSB II/158.
[2] Zob. PSB I/264.
[3] Do Przedborza przybył Oddział Wydzielony 76. Pułku Piechoty pod dowództwem kpt. Stefana Sopoćki (zob. PSB II/263) i szefa kompanii Tadeusza Kołłątaja (zob. PSB II/138).