Przedborskie opowieści, czyli „Franku nie zabieraj nam dzwonów”

 

         Dramatyzm wydarzeń wojennych, szczególnie w opowieściach ludowych przybiera niekiedy groteskowe kształty. Tak oto faszysta, gubernator Hans Frank, którego Międzynarodowy Trybunał skazał na śmierć za rozliczne zbrodnie na narodzie polskim, pośród Przedborzan zyskał sympatyczne, wręcz przyjacielskie oblicze, bo… nie zabrał dzwonów.

O dzwonach

można bardzo wiele mówić, bo któż nie słyszał choćby o Zygmuncie… Zapewne wszyscy Polacy znają go także z monumentalnego obrazu Jana Matejki, a wielu dotykało – na szczęście! – jego serca w wawelskiej katedrze. Swoim majestatycznym dźwiękiem witał i żegnał on królów, prezydentów i naszego Jana Pawła II.

Vivos voco, mortuos plango, fulgura frango – „Żywych zwołuję, zmarłych opłakuję, pioruny kruszę”, tę sentencję z dzwonu katedry Wszystkich Świętych w Szafuzie warto zapamiętać. Wszystkie bowiem dzwony, choć zwykle skryte przed ludzkim wzrokiem gdzieś wysoko na kościelnych wieżach, mają swoje tajemnice. Już w starożytnym Babilonie, a szczególnie w  Chinach dostrzegano niezwykłą mistykę dzwonów.  Czasem też przykładano im funkcje alarmowe, sygnalizacyjne. Jednak najczęściej głosy bijących dzwonów są codziennym wyczekiwanym wezwaniem. Wieszczą też potomnym, choć tego wolimy nie dostrzegać,  nieustanny upływ czasu. Mimo to, lubimy ich słuchać. W pracy na polu lub w miejskim zgiełku – zawsze są kontrapunktem, miłym przerywnikiem ciszy, także tej wewnętrznej.

W kulturze katolickiej pojawiły się na przełomie VI/VII w. Kapłani urzeczeni ich mistyką, przy wprowadzaniu dzwonów do świątyń poczęli stosować chrzest i nadawać im imiona, jak dziecku. Papież Jan XIII święcąc w 968 r. dzwon w bazylice laterańskiej, nadał mu imię Jan. Z czasem  chrzczono dzwony przydając im nazwy symboliczne, jak: Hosanna, Tuba Dei, Gratia Dei czy Dzwon Generalski.

Spiżowy kąsek

to 80 % miedzi i 20 % cyny – wszystkie inne metale niemile widziane – tak samo w dzwonach, jak w armatach. Zresztą oba wyroby były dziełem ludwisarskim.  To głównie dlatego dzwony bywały zawsze łakomym kąskiem w trakcie różnych wojen i najazdów.

W czasach, gdy dzwony odlewano przy dzwonnicach, zaproszeni goście przeważnie okoliczna szlachta i patrycjusze, do tygli z płynną masą wrzucali wyroby złote i srebrne, by po trosze sprostać próżności własnej a i wyrób był szlachetniejszy.

Najstarsze informacje o grabieży dzwonów w Polsce pochodzą z czeskiej kroniki Kosmasa i dotyczą wywiezienia z Gniezna ok. 1039 r. przez księcia Brzetysława olbrzymich dzwonów. Masowo rabowali je na polskiej ziemi z wież kościelnych i ratuszowych Turcy, potem Szwedzi, a później Moskale, Austriacy, Prusacy, by później przetopić właśnie na armaty.  Skalę problemu znakomicie ilustrują postanowienia traktatu ryskiego z 1921 r. wieńczącego wojnę polsko-sowiecką. Polska miała odzyskać ok. 10 tysięcy dzwonów.

 „Tym, którzy w boju pragną słynąć, dwie tylko drogi: zwyciężyć lub zginąć”

– dewiza ze sztandaru powstańców 1830 r., dobrze oddaje  determinację naszego narodu pozbawionego swego państwa, praw wolności i niepodległości.

Po wybuchu Powstania Listopadowego, wobec przystąpienia do wojny z Rosją i konieczności podjęcia własnej produkcji uzbrojenia, Rada Najwyższa Narodowa 8 I 1831 r. wydała postanowienie w sprawie rewizji dzwonów w kościołach z przeznaczeniem do przetopienia na armaty. Chodziło przede wszystkim o dzwony zbędne, szczególnie te uszkodzone i od lat nieużywane, które pochodzić miały w pierwszej kolejności z klasztorów. Kościół rzymskokatolicki nie tylko nie stawiał przeszkód, ale popierał tę akcję. Przyłączyło się do niej także duchowieństwo greckokatolickie i ewangelickie. Gen. bryg. Piotr Bontemps w raporcie złożonym dyktatorowi powstania, gen. dyw. Józefowi Chłopickiemu obliczył, że do wyprodukowania 100 dział potrzeba przeszło 200 ton surowca z dzwonów.

W tym tle pojawia się kwestia dzwonów z przedborskiego kościoła św. Aleksego. Kościół położony pięknie, na wzniesieniu ponad 40 m nad lustrem Pilicy, z majestatyczną 33 m wieżą, rzeczywiście panuje nad okolicą. Nie zachowały się źródła jego fundacji. Najczęściej wymienia się, iż zbudowano go w 1278 r., zaś wieżę dobudował (zob.) król Kazimierz Wielki w 1341 r.

Dziś nie wiadomo ani kiedy zawisły pierwsze dzwony w kościelnej wieży, ani z czyjej były fundacji. Wiadomo jedynie, że 2 II 1831 r. (zob.) ksiądz kanonik Józef Żuchalski przekazał z przedborskiego kościoła 615 funtów spiżu z dzwonów na armaty. W innym miejscu „Dekanatu koneckiego” jego autor, (zob.) ks. Jan Wiśniewski zawarł informację, iż były to potłuczone dzwony. Nieznane są okoliczności, w których te dzwony uległy uszkodzeniom, być może nastąpiły podczas pożaru wieży kościelnej w 1793 r.? Z ich łącznej wagi (1 funt=0,405504 kg) 249,38 kg można sądzić, iż były to niewielkie 2 może 3 dzwony.

Wydaje się, że  spiż z przedborskich dzwonów trafił do hut w  Suchedniowie lub Samsonowie. Tam w lipcu 1831 r. odlano pewną liczbę dział 12 funtowych (przeznaczonych do pocisków ok. 5,5 kg) i jednorogów półpudowych (do pocisków o wadze ok. 9 kg). Łącznie ok. 60 dział na wałach Warszawy broniło stolicy przed Moskalami.

Nowe dzwony

związane są z (zob.) ks. Józefem Szpaderskim, który był przedborskim proboszczem w l. 1867-1877. Jak podaje Andrzej Stolecki w monografii kościoła, na

(…)kilka lat przed r. 1872 zamontowano nowy dzwon od strony północnej. Jego wysokość wynosi 70 cm, a średnica 80 cm. Dzwon został odlany w Niemczech w Bochum koło Dortmundu. Dzwon posiada na zewnętrznej stronie napis: BOCHUM, GERMANIA NOS FECIT – POLONIA DEO SERVIRE IUSSITT co oznacza: [W] BOCHUM, NIEMCY WYKONALI – W POLSCE SŁUŻĄ BOGU. Na dzwonie brak jest daty jego odlewu. Dzwon ten swoim brzmieniem ogłasza codziennie godziny. W 1872 r. na wieży zamontowano od strony południowej drugi nowy dzwon wykonany także w Bochum. Jest to duży dzwon o średnicy kielicha 100 cm i wysokości 85 cm. Na zewnętrznej stronie odlano napis: BOCHUMER VEREIN GUSSSTAHLFABRIK. PROCURANTIB JOS SZPADERSKI CUR, PRZEDBOR ET VIN SWIERZEWSKI PRAESID MAGISTRATUS CIVIT. A.D. MDCCCLXXII. Napis ten należy tłumaczyć: ZWIĄZEK ODLEWNI STALI W BOCHUM. PROBOSZCZ PARAFII PRZEDBÓRZ, JÓZEF SZPADERSKI, NA WNIOSEK NACZELNIKA MAGISTRATU W PRZEDBORZU, WINCENTEGO ŚWIERZEWSKIEGO, W ROKU 1872 (TEN DZWON UFUNDOWALI). Dzwon ten jest uruchamiany podczas uroczystości specjalnych.

Te dzwony odlano ze stali. Wytwórnia w Bochum w Zagłębiu Ruhry cieszy się ustaloną marką od 1842 r., gdy po raz pierwszy odlano stal w formach. Swoistym symbolem tego miasta stał się dzwon o wadze 15.000 kg postawiony przed ratuszem.

Historia lubi się powtarzać.

W okresie I wojny światowej Niemcy w l. 1916-1917 zabierali z Polski dzwony. Przedborskim upiekło się wtedy tylko dlatego, że były stalowe.

Nieco ponad dwadzieścia lat później, przedborskie dzwony znów stały się przedmiotem troski proboszcza. Gdy 2 września 1939 r. niemiecki Wehrmacht wjechał do Przedborza, padli pierwsi zabici i ranni a miasto zgorzało w 60%. Wiadomo było, że byt ogółu mieszkańców jest zagrożony.

Tymczasem już 15 marca 1940 r. marszałek Hermann Göring, jako pełnomocnik do spraw planu 4-letniego Rzeszy, wydał rozporządzenie o przeprowadzeniu ewidencji, a następnie rekwizycji dzwonów znajdujących się zarówno w Rzeszy i terenach wcielonych, jak i na obszarach okupowanych. Dołączone „Wytyczne dla historycznego i artystycznego oszacowania dzwonów brązowych zabranych na podstawie zarządzenia z 15 marca 1940” kwalifikowały wszystkie dzwony do jednej z czterech kategorii, oznaczonych literami od A do D. Kategoria A obejmowała instrumenty odlane w czasach współczesnych lub pozbawione wartości zabytkowych. Miały być one przesyłane bezpośrednio do hut, do natychmiastowego przetopienia. Kategorie B i C dotyczyły dzwonów historycznych oraz tych nowożytnych, które uznano za zabytkowe lub artystyczne. Dzwony te, zanim zostaną skierowane do przetopienia, miały oczekiwać w wyznaczonych składnicach metalu na wyczerpanie się zasobów kategorii A. Z kolei kategorią D objęto instrumenty szczególnie cenne, o których rekwizycji miał decydować osobiście Göring.

Ówczesny proboszcz przedborski (zob.) ks. prałat dr Antoni Ręczajski zapewne dowiedział się o tym z prasy. Z zachowanych fotografii wiadomo, że czytał okupacyjną prasę codzienną. Nie ulegało wątpliwościom, że przedborskim dzwonom grozi zniszczenie. Toteż, gdy 7 maja 1940 r. odwiedził Przedbórz gubernator dystryktu radomskiego, dr Karl Lasch, notabene szwagier generalnego gubernatora Hansa Franka, proboszcz osobiście oprowadzał go po kościele. Zapewne wspomniał czas podczas walk o miasto we wrześniu 1939 r., kiedy żołnierze niemieccy zorganizowali sobie w nim szpital polowy. Jakby przeczuwając zło, wspomniał także gubernatorowi o inskrypcji z kościelnych dzwonów:

[W] BOCHUM, NIEMCY WYKONALI – W POLSCE SŁUŻĄ BOGU.

Wydaje się, że zło zażegnał jednak rozwój wypadków wojennych. Niemcy w  1940 r. musieli „pochłonąć” zdobycze z podbitych krajów Europy Zachodniej.

Sytuacja diametralnie odmieniła się po napaści Niemiec na Rosję Sow. w czerwcu 1941 r. Już w sierpniu 1941 r. władze Generalnego Gubernatorstwa skierowały okólnik do duchowieństwa metropolii warszawskiej i krakowskiej w sprawie rekwizycji dzwonów kościelnych z charakterystycznym uzasadnieniem:

Podczas, gdy pod silnym puklerzem państwa niemieckiego wyznania chrześcijańskie mają zapewnioną swobodę religijną, w Rosji Sowieckiej Kościół doznaje prześladowania i ucisku. Z tego powodu rozumie się samo przez się, że jest obowiązkiem wyznań chrześcijańskich i ze swej strony przyjść z pomocą w tej sprawie. Walka wymaga zmobilizowania wszystkich środków. Do nich należy także stworzenie silnej rezerwy metali. Wzywamy zatem także kościoły Generalnej Guberni, aby dzwony kościelne stawiły państwu niemieckiemu do dyspozycji celem szybkiego i zwycięskiego zakończenia decydującej walki.

Wojenny burmistrz Przedborza (zob.) Konstanty Kozakiewicz w swoich wspomnieniach zapisał:

(…)W połowie sierpnia [1941 r.] otrzymaliśmy urzędowe polecenie kreishauptmanna [odpowiednik starosty], żeby wszystkie dzwony odwieść do składnicy w Końskich.

Można byłoby pominąć tę kwestię, bo dzwony przedborskie jednak przetrwały, ale faktem jest iż ogromną, nie do końca zbadaną ilość „polskich” dzwonów zrabowali Niemcy podczas ostatniej wojny. Zatem rodzi się pytanie jak to się stało, że te przedborskie – ani zabytkowe, ani artystyczne i nie specjalnie wartościowe historyczne – ocalały?

„Franku nie zabieraj nam dzwonów”

To zdanie można usłyszeć w Przedborzu z wielu ust. To ks. Ręczajski osobiście miał pojechać do Krakowa, do poznanego kiedyś podczas studiów uniwersyteckich kolegi Hansa Franka, który teraz stał na czele „rządu” Generalnego Gubernatorstwa.  Miał do niego zaapelować per „Franku”, co samo w sobie jest już dobrą anegdotą. Ten oczywiście uczynił zadość prośbie kolegi i tak „ks. Ręczajski ocalił dzwony”.

Choć finał jest prawdziwy, opowieść ta jest niewiarygodna głównie z uwagi na realia okupacji i przepaść, która dzieliła polskiego proboszcza od niemieckiego faszystowskiego dygnitarza. Również analiza biogramów ks. Ręczajskiego i Hansa Franka nie nasuwa możliwości ich wcześniejszych kontaktów.

Wspomniany burmistrz Kozakiewicz zapisał jednak:

Ks. prałat wystąpił za pośrednictwem Kurii Diecezjalnej do Rządu…  –  tu urywają się jego wspomnienia.

Poszukiwania dalszego ciągu tych wspomnień, w tym względzie nie przyniosły rezultatów. Z kolei ks. Ręczajski w 1942 r. objął probostwo i dekanat w Końskich, tam też zmarł w 1952 r. i nie pozostawił po sobie pisemnego świadectwa. Długoletni przedborski organista Roman Miąskiewicz, który mógł więcej wiedzieć w tej sprawie, zmarł w 1964 r.

Zatem, aby wyjaśnić okoliczności ocalenia przedborskich dzwonów, pozostaje zdać się na świadectwa innych. Przywołany już historyk przedborskiej świątyni Andrzej Stolecki przytacza tę opowieść w wersji zmodyfikowanej:

(…) ks. proboszcz Antoni Ręczajski udał się po pomoc do gubernatora Hansa Franka w Krakowie. Tam w oczekiwaniu na wysłuchanie zauważył jednego z urzędników, z którym studiował na Sorbonie. Nieznany nam bliżej urzędnik niemiecki przedstawił prośbę o zachowanie dzwonów, a  jako powód podał, że dzwony zostały wykonane w Niemczech. (…)Po zbadaniu dzwonów i napisu przez komisję przybyłą z Krakowa, otrzymano pismo z zezwoleniem na pozostawienie dzwonów. Dzięki staraniom ks. Antoniego Ręczajskiego dzwony zostały uratowane.

Wprawdzie ks. Ręczajski nie studiował na Sorbonie, a w Lowanium (Belgia), Fryburgu (Niemcy) i Rzymie (Włochy), to zapewne „jakieś” znajomości z czasów studiów pośród obecnych urzędników niemieckich mógł szczęśliwie odnaleźć. Tak, czy owak, ma rację Stolecki:

Patron kościoła św. Antoni miał proboszcza, swego imiennika, w opiece.

Post scriptum

Ze słynnego Glockenlager (obozu dzwonów) pod Hamburgiem, gdzie Niemcy zgromadzili zrabowane m.in. w Polsce dzwony, po wojnie powróciło do kraju ok. cztery i pół tysiąca dzwonów i trochę złomu.

Wojciech Zawadzki

Autorem nagrania video jest Artur Banaszczyk